Hampus
Dlaczego
nic nas nie ostrzegło?
Dlaczego
nic nie podejrzewaliśmy?
Dlaczego
to musiało się stać tak nagle?
Skąd
miałem podejrzewać, że w piątek, najlepszy dzień w tygodniu, znajdę się w
szpitalu i będę patrzył tępo przez szybę na mojego nieprzytomnego brata? Jak, do
cholery jasnej, miałem się na to przygotować?
Mama
płacze najbardziej. Tata stara się podtrzymywać ją na duchu. Ja też próbowałem.
Już nie mam siły.
Wgapiam
się w jeden punkt, którym jest twarz Niko leżącego na łóżku. Nie spuszczam z
niego wzroku, tak, jakby to miało mu pomóc. Powiedzieli nam, że miał krwotok
wewnętrzny, ale udało się go zatamować. Nic poza tym nie wiemy i ta niewiedza
mnie rozsadza.
Chcę,
żeby się obudził. Chcę odwołać wszystkie złe rzeczy jakie mu powiedziałem, gdy
mnie denerwował, chcę przysiąc mu, że już zawsze będę go wysłuchiwał i nigdy go
nie zignoruję. Chcę być lepszym bratem. I nie wiem, czy jeszcze będę miał
okazję. Boję się, że stanie się coś strasznego.
Podchodzi
do nas lekarz. Mama zrywa się z krzesła, a tata powoli wstaje, obejmując ją
ramieniem. Ja nic nie robię. Dostrzegam ich kątem oka, cały czas patrzę na
brata. Próbuję myślami przekazać mu wszystko, co chcę powiedzieć.
-
Proszę państwa… – mężczyzna bierze głęboki oddech. – Państwa syn ma białaczkę.
Mam
wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Czuję, jakby bolał mnie mózg.
Nie chcę tego wszystkiego. Nie pozwalam.
Nie
słyszę co mówią dalej, nic do mnie nie dociera. Mam ochotę krzyczeć, bić,
rozwalić cały ten cholerny szpital i wynieść z niego swoją rodzinę, całą i zdrową.
Gdy rodzice z powrotem siadają, ja zrywam się z krzesła. Nie mogę tak dłużej.
Patrzę na Niko, dopóki nie znika mi z oczu, idę na korytarz. Wzrok mam zamazany
przez łzy, ale udaje mi się odblokować telefon.
Robię
jedyne, co wydaje mi się w tym momencie z mojej strony rozsądne. Dzwonię do
Ainy.
***
Lena
-
Źle się czujesz? – pyta.
-
Mam chore serce – mówię krótko.
Przez
chwilę nie wie co powiedzieć i patrzy tępo w podłogę, zawijając kosmyk swoich
bujnych loczków na palec.
-
A... Mogę ci jakoś pomóc? – odzywa się w końcu.
-
Chyba nie – odpowiadam – Muszę się po prostu uspokoić.
Obserwuje
mnie uważnie. Jeśli chciał mi pomóc, to na pewno tego teraz nie robi. Gdy tak
patrzy na mnie, to strasznie denerwujące.
-
A zimno ci? – dopytuje.
-
Trochę tak.
Sięga
po koc z sąsiedniego łóżka i przykrywa mnie nim jakby z troską. To przerażające.
Potem siada z powrotem obok mnie. Wtedy patrzę na niego, próbując wyczytać coś
z wyrazu jego twarzy. Nic nie widzę, jest za ciemno.
Nagle
boli mnie bardziej, przez co zginam się trochę do przodu. Tim obserwuje mnie z
niepokojem.
-
Boli mnie jak skacze mi tętno – wyjaśniam.
-
Gdzie cię boli? – pyta cicho.
-
Tak w klatce piersiowej.
-
Tak tutaj? – kładzie sobie dłoń na mostku, a ja prawie pękam z wdzięczności, że
nie pokazał tego na moim ciele.
Kiwam
głową.
-
Okropny ból – przyznaje – Wiem coś o tym.
Przez
chwilę czekam, aż dopowie coś więcej, ale to kolejny temat, którego kontynuacji
nie doczekam się dzisiejszego dnia.
Albo
i nigdy.
Ze
zdumieniem zauważam, że przez ten krótki czas przyzwyczaiłam się do Tima. A
przecież to wiadome, że jak uda mi się stąd wyjść, to raczej już nigdy go nie
spotkam. Nawet gdy będę w wakacje w Stanach, to Los Angeles leży za daleko od
Chicago.
Boli
mnie zbyt mocno, kulę się jak małe dziecko, zaciskam dłonie w pięści, bo ręce
mi się trzęsą. Tim chyba trochę się tym martwi.
Gdy
po raz drugi o mało nie spadam z łóżka z bólu, chłopak patrzy na mnie z
niepokojem i jakby współczuciem. Rozkłada ramiona, sygnalizując mi, abym się
przytuliła, a ja, nawet nie kontrolując, co robię, przysuwam się bliżej do
niego i opieram głowę na jego ramieniu.
Nagle
czuję, jakby to było moje miejsce, jakbym potrzebowała znajdować się w jego
ramionach, a wiem, że to uczucie jest niedorzeczne, ponieważ znam go parę
godzin i nie wygląda mi na człowieka, któremu ktoś mógłby zaufać. Jednak gdy
tak trwam w pozycji półleżącej, oparta plecami o jego klatkę piersiową, czuję
się jakoś paradoksalnie bezpieczna.
Zawsze
patrzę facetom na dłonie. Mam swój ideał męskiej dłoni, wypracowany wieloletnim
patrzeniem na dłonie Mike'a i mojego dziadka; powinny być szczupłe i mieć
długie palce. Dłonie Tima takich nie przypominają. Są masywne, a na palcach nie
widać wystających kostek. W jednym jednak przypomina mi mojego brata. Wystają
mu żyły, co prawda nie na dłoniach, jak Mike'owi, a na rękach. Mimo wszystko
ciągle gapię się na dłoń Tima, która spoczywa w zgięciu mojej ręki, a to, że
wydaje się silna, zupełnie do niego nie pasuje. Tim to drobny, niski chłopak,
który jak na razie zdaje egzamin na człowieka bez zamiarów zrobienia mi
krzywdy.
Bierze
koc, który mam teraz na nogach, i owija nim nas oboje. Czuję, jak powoli robi
mi się ciepło. Nigdy nie lubiłam zbytnio, gdy ktoś mnie przytulał, ale teraz
czuję się bezpieczna, jakby koc chronił nas przed wszystkim, czym świat w nas
uderza.
Nagle
moje serce znów postanawia przypomnieć mi że nie wszystko jest z nim w porządku.
Przez chwilę drżę, czuję jak ból w głowie zaczyna pulsować mi w rytm tętna.
Tim
łapie mnie za rękę. Przez chwilę się dziwię, ale potem splatam swoje palce z
jego, bo nagle pojmuję znaczenie tego gestu. To jedyny człowiek, który w takim
momencie nie pomyślał, że jest mi zimno. On wiedział. I bez słów zareagował
dokładnie tak, jak bym najbardziej chciała.
Nadal
nie wiem, jak się na to zdobywam, ale kładę głowę na jego ramieniu, bo czuję,
że tak chcę i w tym momencie niezbyt chcę sobie tego odmówić. Mam wrażenie, że
muszę teraz korzystać z tego, jakie mam możliwości, bo niedługo je stracę.
Chcę,
abyśmy mogli już tak zostać na zawsze. I chcę, żeby Tim też tego chciał.
***
Aina
-
Muszę już do nich wracać – mówi, słyszę, że płacze.
-
Hampus – podnoszę głos – Jestem z tobą. Możesz dzwonić kiedy tylko będziesz
potrzebował. Nawet gdy będę spać. Okej?
-
Tak – prawie widzę go, jak potakuje potulnie. Chcę go przytulić.
-
Będzie dobrze – mówię, bo w zasadzie jestem o tym przekonana.
-
Dziękuję – słyszę, jak stara się mówić jak najmniej drżącym głosem – Cześć.
-
Trzymaj się, pa.
Odkładam
telefon i patrzę na niego jak na winowajcę. Nie mogę uwierzyć w to co się
stało. Każdy może mieć straszne problemy, nie dawać sobie rady, ale Hampus
zawsze sobie radził. Szczerzył się jak debil na szpitalnym łóżku, śmiał się,
gdy wpadł do przerębla w styczniu, uśmiechał się do nauczycielki od matmy nawet
gdy zagroziła mu poprawką. Nigdy w życiu nie spotkałam bardziej zabawnego,
radosnego człowieka niż on. Był moim słoneczkiem. Nie może tak po prostu
zgasnąć.
Myślę,
że chyba najlepiej będzie, jak sobie popłaczę, to może mi pomóc. Pociągam
nosem, bo już mi się zbiera.
Huk
uderzających o ścianę drzwi sprawia, że podskakuję w miejscu.
-
O tej godzinie będziesz przez telefon gadać?! – na jej widok mam ochotę przybić
jej piątkę w twarz krzesłem – Spójrz na zegarek! Obudzisz Kristera!
Zamiast
na zegarek, patrzę na nią sarkastycznie.
-
Ja go obudzę? – wtrącam mimochodem.
Kobieta
wpada w furię.
-
Zawsze mnie obrażasz! Lennart! – unoszę brwi gdy słyszę imię taty, bo wiem, że
i tak będzie bał się zrobić cokolwiek – Przemów swojemu dziecku kiedyś do
rozumu! Zbuntuje przeciw mnie cały świat! Ja nie wiem skąd w niej tyle
nienawiści i…
Jej
głos się oddala, im niżej schodzi po schodach. Mam nadzieję, że nie wyładuje
złości na tacie. Wtedy bym ją chyba zabiła.
Rozsiadam
się z powrotem na kanapie, wpatruję się ze złością w ścianę naprzeciw. Mam
ochotę coś rozwalić.
Nie
zdążam obrać sobie celu, zanim drzwi do pokoju otwierają się, a zza nich
wystaje biała czupryna Kristera.
-
Mogę wejść? – pyta.
-
Możesz – w moim głosie jeszcze pobrzmiewa wściekłość.
Chłopak
zamyka drzwi cicho, uważając, aby ona nie usłyszała.
-
Chciałem się wtrącić, ale jak sobie pomyślałem, że na mnie też będzie się
wydzierać, to stchórzyłem – opuszcza bezsilnie ręce – Przepraszam.
-
Nie szkodzi – mówię cicho.
Na
dobrą sprawę, nawet nie chciałabym, żeby się w to wtrącał. Gdybym mogła,
obroniłabym od tej kobiety cały świat.
-
Co się stało? – pyta, siadając naprzeciw mnie na podłodze.
-
Brat Hampusa ma białaczkę. Hampus płacze – mówię na jednym tchu.
Krister
wbija wzrok w podłogę. Nie oczekuję od niego teraz, aby wiedział, co
powiedzieć.
-
Chodź tutaj – rozkładam ramiona, a gdy brat się podnosi, przytulam go
delikatnie – Wiesz, że cię kocham, mimo twojej wredoty? I że twoje zdrowie
znaczy dla mnie więcej niż myślisz?
Czuję,
jak Krister kiwa głową.
-
Też cię kocham, mimo że mawiam, że nie – mówi – Jesteś jeszcze najważniejszą
kobietą w moim życiu. A Nikolaus da radę.
Z
dołu dociera do nas huk. Musiała trzasnąć drzwiami.
-
Mogę dzisiaj spać u ciebie? – pyta Krister.
Nie
odpowiadam, tylko gaszę lampkę do czytania i kładę się. Mój brat mości się obok
i przykrywa kocykiem, na którym zawsze śpi Pixel. Pies wchodzi do pokoju od
razu gdy zauważa, że światło jest zgaszone i pakuje się między nas do łóżka.
Jestem w bardzo bliskiej styczności ze ścianą, Krister wisi połową ciała w powietrzu,
a król wszystkich istot świata dumnie ziewa i układa łeb na kawałku koca.
Bardziej
idealnie mogłoby być jedynie wtedy, gdyby miejsce tutaj znalazł sobie również
Hampus.
***
Lena
Otwieram
oczy i niepokoję się, gdy widzę ciemność, ale od razu wszystko sobie
przypominam. Zasnęliśmy oboje w półsiedzącej pozycji. Nie chcę się ruszać, aby
go nie obudzić.
Nagle
przypomina mi się moment, gdy jeszcze mieszkałam w Los Angeles i poszłam do
koleżanki na noc filmową. Poznałam tam chłopaka i przegadałam z nim pół X-Mena,
mimo, że uwielbiałam ten film, a potem, gdy leciał jakiś nudny i wszyscy
zasnęli, położyłam się razem z nim. Rozmawialiśmy. On mnie przytulał, tak…
Bardzo. Wtedy mi się to podobało, ale gdy się obudziłam, to zastanawiałam się,
co mi, do cholery, odpierdzieliło. Pisałam z nim później, ale czułam się
strasznie dziwnie wtedy, gdy się obudziłam i zrozumiałam, co robiliśmy o
czwartej nad ranem.
Z
Timem jest inaczej. Nie chcę od niego uciekać, tak jak od Bale’a. Tim jest
inny. Jest… Właściwy.
-
Zasnęliśmy? – pyta zaspanym głosem, prawie doprowadzając mnie do zawału –
Przepraszam. Ale zasnęliśmy?
-
Tak – opowiadam – Która godzina?
-
Musisz wstać, bo masz biodro na moim telefonie.
Po
jaką cholerę mi była ta informacja?
-
U mnie dziewiąta wieczorem – mówi – Spaliśmy około pięciu godzin. Ale nie wiem,
czy to coś tutaj znaczy. Czas tu chyba nie istnieje.
Podnosi
się, a ja mam ochotę pluć sobie w brodę. Chciałam tak zostać, do cholery
jasnej.
-
Jakby co, nie sprawdzaj godziny na swoim zegarku – mówi – Tutaj nikt się do
tego nie stosuje. Po prostu śpimy, gdy zaśniemy.
Wbrew
temu, co powiedział, wyciągam telefon z kieszeni. W Szwecji jest czwarta nad
ranem.
Gdy
blokuję urządzenie, zauważam kartkę leżącą na podłodze. Podnoszę ją, ale nie
czytam tego, co jest na niej napisane.
-
Wypadło ci coś – zwracam uwagę chłopaka i wyciągam w jego stronę dłoń ze
zszarganym kawałkiem papieru.
Tim
odwraca się i chwilę potem łapie za kieszeń. Jest spięty. Wygląda, jakbym
znalazła coś, co za wszelką cenę chciał ukryć. Przełyka ciężko ślinę, co widać
na jego wyraźnie odznaczającym się jabłku Adama.
-
A... Mogę ci opowiedzieć co to? – pyta, zabierając ode mnie kartkę.
Kiwam
głową.
Siada
obok mnie i rozprostowuje papier, wpatrując się w niego, jakby widział tam dużo
więcej niż ktokolwiek inny. Przez chwilę jego lewa ręka drży. Chłopak bierze
głęboki oddech.
-
To list od mojego przyjaciela – mówi to takim tonem, jakby to był zwyczajny
list, ale przecież wiem, że nie jest. – Napisał go tuż przed tym, jak się
zabił.
Cóż
za ironia. I ja sobie myślałam, że mogę się tak po prostu w nim zauroczyć i go
nie ranić?
-
Wiesz, on wiedział, że to ja go znajdę. Jego rodzice wyjechali, więc był sam w
domu. I... To jest moja wina.
Patrzę
na niego z dezorientacją.
-
Wiedziałem, jaki on jest – kontynuuje. – Mieliśmy w szkole prześladowców.
Baliśmy się chodzić do szkoły przez nich. Robili wszystko, byle nas udupić, od
rzucania naszymi rzeczami, przez wrzucanie petów do szafek, po bicie i to nie
takie sobie. I on przez to chciał się zabić, a ja próbowałem go przed tym
powstrzymać. Codziennie po szkole pisałem z nim, dzwoniłem, jak trzeba było to
przychodziłem, aby tylko go jakoś wesprzeć, ale to mało dawało, bo jego lęki
zaczęły przechodzić na mnie. Powoli przestawałem mieć do tego zdrowie,
udzielało mi się to, co jemu, leżałem w łóżku i myślałem tylko o tym, jak boję
się ranka. Raz nie przespałem całej nocy, bo do czwartej gadałem z nim, a gdy
on już zasnął, ja nadal nie mogłem i przeleżałem sparaliżowany strachem do
rana. Ten dzień był naszym najgorszym w szkole. Cały czas bałem się, że na mnie
czyhają, przez to, co on mi nagadał, a potem i tak mnie pobili, bo usiadłem na
„ich” ławce. Gdy wróciłem do domu, gapiłem się tylko w jeden punkt i trząsłem
się. I wtedy zasnąłem. Zostawiłem go samego na trzy godziny, a on to zrobił.
Rozumiesz to? Trzy godziny. Wystarczyły.
Przerywa
na chwilę i podnosi na mnie wzrok znad listu. Widzę w jego oczach łzy i
przerażenie, mam ochotę go przytulić, ale się boję.
-
To nie twoja wina – wtrącam, ale on nie słucha.
-
Znalazłem go w łazience, wokół była krew. Wypływała mu z uszu. Chyba coś wziął,
a gdy upadł, musiał się uderzyć mocno w głowę – mówi bez emocji, jak robot. –
Jak znalazłem ten list, to dopiero wtedy wszystko... Do mnie dotarło? Jakby
mnie uderzyło i pamiętam, że poczułem jakbym miał stracić przytomność, upadłem
na podłogę a potem otworzyłem oczy tutaj.
Wiem,
że to koniec opowieści, ale nie mam pojęcia co powiedzieć. Siedzę w milczeniu
próbując go nie przytulić.
-
Nie chciałem ci tego wcześniej mówić, bo... Lena, lubię cię. I chciałem, żebyś
ty mnie też lubiła.
Nie
wiem, co ma jedno do drugiego, ale jeśli jego zdaniem ma, to gdyby poznał moje
myśli, znienawidziłby mnie.
-
Chciałem cię przed tym jakby ochronić, ale chyba nie można, nie?
Nie
mogę już dłużej wytrzymać jego lęku. Przytulam go mocno, tak aby wiedział, że
lubię go bez względu na to, co mu się przytrafiło i jak to na mnie wyrzucił.
Myślę, że nikomu wcześniej tego nie mówił, a widać, że potrzebował. Mam nawet
wrażenie, jakby nieco mu to pomogło, szczególnie, gdy odwzajemnia uścisk i
czuję jak jego klatka piersiowa równo unosi się i opada. Po chwili liczy się
dla mnie tylko jego spokojny oddech.
Ten rozdział był miły. Mimo fragmentu, w którym Hampus dowiaduje się o chorobie brata - całość była miła. I taka naturalna. Nie wiem, ale bardzo się skupiałam na drobnostkach, typu właśnie to przytulanie Leny przez Tima. Albo Aina z bratem. To było miłe. Zwyczajne. Niewymuszone. Prawdziwe. I takie coś się ceni.
OdpowiedzUsuńWiesz co jeszcze? Tęskniłam. Tęskniłam za Ulowatym stylem pisania. Za Timem w loczkach, za wspominaniu o Mike'u. Za dodawaniem tu komentarzy, co jest takie bloggerowe i ah. XD
W sumie to ten rozdział jest jedną z tych przyjemniejszych rzeczy dziś, o tak.
Nie wiem, podoba mi się bardzo całość. Mimo smutku, to jest jakoś tak... miło? Nie wiem, jak to określić. Bo widzisz, nawet jak Tim opowiadał Lenie o tym przyjscielu, to wydawało mi się byc takie... realne. Jakbym siedziała obok nich i ich słuchała gdzieś tak no wiesz. XD
Ach, ta składnia zdań.
No nic. Omg, to ten moment, gdzie sie życzy weny, nie? Dawno nie życzyłam.
Weny Ula!
Przypomniało mi się jak bardzo uwielbiam Twój humor i jak bardzo brakowało mi Twoich opowiadań :D mam nadzieje, że doczekam się chociaż jeszcze jednego rozdziału do końca wakacji :'D
OdpowiedzUsuńZawsze kiedy mam dodać komentarz to nie wiem co pisać... mam w głowie tyle rzeczy, ze trudno jest mi je przerzucić tutaj w jakimś normalnym zdaniu... Ale coś wydukam oprócz tony emotek.
OdpowiedzUsuńAina i Krister są genialni :3 Chciałabym mieć taką relację z bratem w przyszłości. Serio ^^
A jak drzwi trzasnely to az sama poczułam złość, i to nie małą -.-
Tina <3 No co tu więcej pisać
Ostatnia scena jest taka... taka kochana. No nie wiem jak to opisac, ale sama też bym go chętnie przytuliła. Hampusa też, no bo jak inaczej ^^
Trzymam kciuki, by wena ci wróciła ze zdwojoną siłą! Trzymaj się :3 ❤