piątek, 21 lipca 2017

Docenić na czas

  Gdyby nie Linkin Park, Rise Against, While She Sleeps, Of Mice & Men i Architects, prawdopodobnie byłabym bardzo inną osobą. Każdy z tych zespołów mógł mi przekazać co innego, ale jest jedna wspólna rzecz, która tyczy się wszystkich pięciu. Najważniejsze w życiu, to doceniać.
  Pamiętam jak dziś, kiedy w drugiej klasie gimnazjum nauczycielka polskiego zadała nam za zadanie zrobić gazetę w grupach. Wymyśliłam Aluminium, gazetę typu Kerrang lub Metal Hammer, bo zawsze chciałam być dziennikarką w takim czasopiśmie. Pierwszy artykuł, który napisałam, był o chorobie Lawrence'a Taylora, wokalisty While She Sleeps. Loz był w takim stanie, że niewiadome było, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mógł śpiewać; nie pamietam dokładnie, ale miał gdzieś guza, gdzieś tak, że operacja szkodziła mu na struny głosowe. Basista zespołu w wywiadzie dla Teraz Rock powiedział, że nie mają planu B, w razie gdyby Lawrence nie mógł dalej z nimi występować. Bałam się strasznie do ostatniego momentu. Do momentu, w którym okazało się, że Loz da radę.
  Ale to mnie jednak niczego nie nauczyło. Naprawdę poczułam, z czym mam do czynienia, gdy w wieku 28 lat zmarł Tom Searle, gitarzysta Architects. Nagle, niespodziewanie, nie mówiąc wcześniej nikomu o swojej chorobie. Nie wiedziałam, co zrobić, więc po prostu się odcięłam. Przestałam słuchać Architects na dłuższy czas, bo każde odtworzenie ich piosenki przywodziło mi na myśl smierć Toma. Kolejny błąd.
  Pewnego dnia Of Mice & Men ogłosili europejską trasę koncertową, oczywiście bez daty w Polsce. Jednak okazało się, że koncert w Niemczech jest akurat w moje imieniny i moja mama zgodziła się mnie zawieźć. Z każdym innym zespołem mogłam poczekać, aż przyjedzie do Polski, ale z Of Mice & Men nie, bo wiedziałam, że wokalista Austin Carlile jest bardzo chory i możliwe, że niedługo lekarze zakażą mu dalej występować.
Koncert w Berlinie się nie odbył. Na koncert przed, Austina z występu zabierała karetka. Był to ostatni jego koncert, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Siedziałam sobie jak zawsze, zaniepokojona, ale z nadzieją, że wróci. Zawsze wracał, po każdej trudnej operacji. Jednak wiedziałam, z czym mam do czynienia i bałam się, że pewnego dnia wejdę na facebooka i zobaczę to, czego najbardziej nie chcę.
31 grudnia 2016 pomyślałam sobie, że ten rok zabrał tak wielu świetnych muzyków, ale przynajmniej Austina nie, i postanowiłam, że wśród całej tej żałoby, będę się trzymać tego, że on przeżył, bo na pewno było mu trudno. I wtedy weszłam na facebooka, zobaczyłam stos wiadomości o Austinie, i mnie zmroziło. Nie potrafiłam nic przeczytać, widziałam tylko, scrollując dalej, w każdym nagłówku "Austin Carlile", "Austin Carlile", "Austin Carlile". I już wiedziałam, co to znaczy. Rozkleiłam się przed debilnym laptopem i ryczałam tak dobre piętnaście minut, aż w końcu przetarłam oczy, przeczytałam nagłówek i dowiedziałam się, że Austin żyje, tylko odszedł z zespołu z powodu choroby. I autentycznie się ucieszyłam.
Gdy spojrzałam w komentarze, w to, jak wszyscy rozpaczali, poczułam się jakbym przeczytała absurd stulecia. Nie dbałam w tym momencie o koncerty, cieszyłam się tylko, że Austin żyje. Cieszyłam się, że i tak zdołał tak długo występować i że stworzył jeden z najlepszych według mnie zespołów na świecie.
  Niecały miesiąc później Linkin Park wydali nową piosenkę i bez bicia przyznaję, że mi się ona nie spodobała. Mam prawo nie polubić jakiejś piosenki, a nie jechałam po nich jak niektórzy, pomyślałam sobie, że po prostu poczekam, aż stworzą coś, co będę uwielbiać, bo przecież tyle razy im się udało.
Miałam już wtedy bilet na koncert, miałam nadzieję, że kilka piosenek z nowej płyty mi się spodoba. W tym czasie Chester zaczął mówić rzeczy, które mnie trochę do niego zraziły; "jak wam się nie podoba to spierdalać", "moje odczucia są takie, że mam ochotę was zabić". Ludzie wokół zaczęli mi sugerować, że powinnam sprzedać bilet, bo to strasznie dużo kasy, a nie mogę tak po prostu zmarnować tyle pieniędzy na koncert kogoś, kto chce mnie zabić. Pamietam jeszcze, jak mówiłam mojej mamie "może i stworzyli coś, co mi się strasznie nie podoba, ale cieszę się, że żyją". Postanowiłam pójść na ten koncert, wiedziałam, że jeżeli nie pójdę, to będę strasznie żałować. I to była najlepsza decyzja mojego życia.
  Krótko przed koncertem Linkin Park, swoją nową płytę wydali Rise Against. Jak zapewne 90% znających mnie osób wie, Tim McIlrath, wokalista Rise Against, jest moim ulubionym muzykiem, o którym naczytałam się tylu hejtów podczas wydawania nowej płyty, że ledwo mi się mieściły w głowie. Nie screamuje, brzmi jak zarzynana koza, i tym podobne. Problem tylko w tym, że wcale tak nie brzmiał, a jakość zależała od nagrania. Czytając to wszystko pomyślałam sobie, że ci ludzie nie wiedzą o czym mówią, bo jak można hejtować chrypę, gdy on żyje, żyje i na tym powinniśmy się skupić. Nigdy w życiu nie patrzyłam na to z takiej strony, ale to pomaga. Jak sobie przypomnę, że Tim żyje, dzień staje się mniej beznadziejny.
  Niecałe dwa tygodnie po koncercie Linkin Park byłam na While She Sleeps. Spotkałam trzech członków zespołu; Sean przywrócił mi wiarę w ludzi, Mat prawie wylał piwo na mój zeszyt w którym piszę tego bloga, a Lawrence, który ma ponad 190cm wzrostu, podniósł rękę tak wysoko, abym musiała skakać, żeby przybić mu piątkę. Był typowo złośliwy, śmiał się ze mnie, gdy gorączkowo przekładałam wszystko do jednej ręki, aby mieć drugą wolną. I gdy tak stałam, ośmieszałam się, a on się chichrał, pomyślałam sobie, że cieszę się w cholerę, że żyje. Mam to gdzieś, że był wredny, on taki po prostu jest, i kocham go mimo to, i kocham to, że żyje. I doceniłam to na czas.
Wiele bym oddała za taką sytuację z Chesterem.
Zanim koncert wystartował, Sean sprawdzał, czy wszystko działa. Podpiął swoją gitarę i zaczął grać. Downfall, Architects. Nigdy wcześniej nie czułam się w moim życiu tak magicznie. Mój ulubiony, żywy gitarzysta grał piosenkę mojego drugiego ulubionego, już nieżywego gitarzysty. Tak po prostu, sprawdzając czy jego gitara działa. <w tym momencie wstaw obraz płaczącego karła wśród tłumu na koncercie. Karzeł ociera łzy, odwraca się do koleżanki komunikując że to byli Architects, po czym wraca do normalnego życia>
Wczoraj While She Sleeps na swoim koncercie grali Linkin Park. Cały tłum śpiewał. To jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie widziałam, ale mam tylko nadzieję, że gdy ponownie zobaczę ich w Warszawie, już nikogo nowego nie będą wtedy upamiętniać.
  Nie potrafię napisać nic typowo o Chesterze, to wszytko wydaje się tak nierealne, że momentami widząc wszystkie "RIP Chester Bennington" mój mózg mówi "wy debile, on żyje". Nie umiem sobie wyobrazić codzienności bez Chestera, budzenia się co ranek w moim pokoju i patrzenia na plakaty z człowiekiem, który nie żyje. To wszystko jest jak naprawdę bardzo kiepski żart.
Leave Out All The Rest. Kiedy Twój czas przyszedł, zapomniałam wszystko złe, co zrobiłeś, pomagam Ci zostawić za sobą powody do tęsknienia za Tobą. Nie oburzam się. Czuję pustkę, ale zachowuję Cię w swojej pamięci i pomijam całą resztę.
  Wśród tych pięciu zespołów jest jeden, który nie ma na koncie strasznej historii, i jest to Rise Against. Zespół, który ciągle gra tak samo, nie zmienia się z żadną płytą i tworzy monotonne piosenki, które mieszają się człowiekowi w głowie. Zespół, którego słucham w 90% po to, aby słyszeć głos wokalisty i teksty. Zespół, który będę teraz doceniać najbardziej, bo wszystko u nich w porządku i mam nadzieję, że przez długi czas się to nie zmieni. Nie jestem wielką fanką ich muzyki, jestem tylko największą fanką ich wokalisty. Ale mimo tego, że nie grają dokładnie tak, jak bym chciała, będę ich codziennie wystarczająco doceniać. Bo żyją, a to jest najważniejsze.
  Podejrzewam, że Linkin Park się rozpadną. Nie wiem, czy chciałabym ich słuchać bez Chestera i jeśli uznają że nie powinni kontynuować, to ich jak najbardziej zrozumiem. I w całej pamięci o Chesterze, będę dalej doceniać całą ich dyskografię i wszystko co zrobili. Mam czyste sumienie; uwierzyłam w Chestera gdy był na to czas, wybaczyłam mu wszystko, czym mnie zdenerwował i nie dobijałam go hejtami. To, co teraz każdy z nas może dla niego zrobić, to docenić Linkin Park.




Nie wiem, co teraz z My Understandings. Chester od początku miał być bohaterem tego bloga, ale pojawić się dość późno. Teraz mogę zaspojlerować, bo nie wiem, czy w ogóle będę kontynuować; Tim miał opowiedzieć Mike'owi o samobójstwie swojego przyjaciela, a to miał skłonić Mike'a do pojechania do Chestera, którego w ostatniej chwili powstrzymałby przed samobójstwem. Chciałabym to napisać, ale cały czas mam świadomość, że nie zdążyłam.


niedziela, 9 lipca 2017

Rozdział 6



Hampus
Dlaczego nic nas nie ostrzegło?
Dlaczego nic nie podejrzewaliśmy?
Dlaczego to musiało się stać tak nagle?
Skąd miałem podejrzewać, że w piątek, najlepszy dzień w tygodniu, znajdę się w szpitalu i będę patrzył tępo przez szybę na mojego nieprzytomnego brata? Jak, do cholery jasnej, miałem się na to przygotować?
Mama płacze najbardziej. Tata stara się podtrzymywać ją na duchu. Ja też próbowałem. Już nie mam siły.
Wgapiam się w jeden punkt, którym jest twarz Niko leżącego na łóżku. Nie spuszczam z niego wzroku, tak, jakby to miało mu pomóc. Powiedzieli nam, że miał krwotok wewnętrzny, ale udało się go zatamować. Nic poza tym nie wiemy i ta niewiedza mnie rozsadza.
Chcę, żeby się obudził. Chcę odwołać wszystkie złe rzeczy jakie mu powiedziałem, gdy mnie denerwował, chcę przysiąc mu, że już zawsze będę go wysłuchiwał i nigdy go nie zignoruję. Chcę być lepszym bratem. I nie wiem, czy jeszcze będę miał okazję. Boję się, że stanie się coś strasznego.
Podchodzi do nas lekarz. Mama zrywa się z krzesła, a tata powoli wstaje, obejmując ją ramieniem. Ja nic nie robię. Dostrzegam ich kątem oka, cały czas patrzę na brata. Próbuję myślami przekazać mu wszystko, co chcę powiedzieć.
- Proszę państwa… – mężczyzna bierze głęboki oddech. – Państwa syn ma białaczkę.
Mam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Czuję, jakby bolał mnie mózg. Nie chcę tego wszystkiego. Nie pozwalam.
Nie słyszę co mówią dalej, nic do mnie nie dociera. Mam ochotę krzyczeć, bić, rozwalić cały ten cholerny szpital i wynieść z niego swoją rodzinę, całą i zdrową. Gdy rodzice z powrotem siadają, ja zrywam się z krzesła. Nie mogę tak dłużej. Patrzę na Niko, dopóki nie znika mi z oczu, idę na korytarz. Wzrok mam zamazany przez łzy, ale udaje mi się odblokować telefon.
Robię jedyne, co wydaje mi się w tym momencie z mojej strony rozsądne. Dzwonię do Ainy.

***
Lena
- Źle się czujesz? – pyta.
- Mam chore serce – mówię krótko.
Przez chwilę nie wie co powiedzieć i patrzy tępo w podłogę, zawijając kosmyk swoich bujnych loczków na palec.
- A... Mogę ci jakoś pomóc? – odzywa się w końcu.
- Chyba nie – odpowiadam – Muszę się po prostu uspokoić.
Obserwuje mnie uważnie. Jeśli chciał mi pomóc, to na pewno tego teraz nie robi. Gdy tak patrzy na mnie, to strasznie denerwujące.
- A zimno ci? – dopytuje.
- Trochę tak.
Sięga po koc z sąsiedniego łóżka i przykrywa mnie nim jakby z troską. To przerażające. Potem siada z powrotem obok mnie. Wtedy patrzę na niego, próbując wyczytać coś z wyrazu jego twarzy. Nic nie widzę, jest za ciemno.
Nagle boli mnie bardziej, przez co zginam się trochę do przodu. Tim obserwuje mnie z niepokojem.
- Boli mnie jak skacze mi tętno – wyjaśniam.
- Gdzie cię boli? – pyta cicho.
- Tak w klatce piersiowej.
- Tak tutaj? – kładzie sobie dłoń na mostku, a ja prawie pękam z wdzięczności, że nie pokazał tego na moim ciele.
Kiwam głową.
- Okropny ból – przyznaje – Wiem coś o tym.
Przez chwilę czekam, aż dopowie coś więcej, ale to kolejny temat, którego kontynuacji nie doczekam się dzisiejszego dnia.
Albo i nigdy.
Ze zdumieniem zauważam, że przez ten krótki czas przyzwyczaiłam się do Tima. A przecież to wiadome, że jak uda mi się stąd wyjść, to raczej już nigdy go nie spotkam. Nawet gdy będę w wakacje w Stanach, to Los Angeles leży za daleko od Chicago.
Boli mnie zbyt mocno, kulę się jak małe dziecko, zaciskam dłonie w pięści, bo ręce mi się trzęsą. Tim chyba trochę się tym martwi.
Gdy po raz drugi o mało nie spadam z łóżka z bólu, chłopak patrzy na mnie z niepokojem i jakby współczuciem. Rozkłada ramiona, sygnalizując mi, abym się przytuliła, a ja, nawet nie kontrolując, co robię, przysuwam się bliżej do niego i opieram głowę na jego ramieniu.
Nagle czuję, jakby to było moje miejsce, jakbym potrzebowała znajdować się w jego ramionach, a wiem, że to uczucie jest niedorzeczne, ponieważ znam go parę godzin i nie wygląda mi na człowieka, któremu ktoś mógłby zaufać. Jednak gdy tak trwam w pozycji półleżącej, oparta plecami o jego klatkę piersiową, czuję się jakoś paradoksalnie bezpieczna.
Zawsze patrzę facetom na dłonie. Mam swój ideał męskiej dłoni, wypracowany wieloletnim patrzeniem na dłonie Mike'a i mojego dziadka; powinny być szczupłe i mieć długie palce. Dłonie Tima takich nie przypominają. Są masywne, a na palcach nie widać wystających kostek. W jednym jednak przypomina mi mojego brata. Wystają mu żyły, co prawda nie na dłoniach, jak Mike'owi, a na rękach. Mimo wszystko ciągle gapię się na dłoń Tima, która spoczywa w zgięciu mojej ręki, a to, że wydaje się silna, zupełnie do niego nie pasuje. Tim to drobny, niski chłopak, który jak na razie zdaje egzamin na człowieka bez zamiarów zrobienia mi krzywdy.
Bierze koc, który mam teraz na nogach, i owija nim nas oboje. Czuję, jak powoli robi mi się ciepło. Nigdy nie lubiłam zbytnio, gdy ktoś mnie przytulał, ale teraz czuję się bezpieczna, jakby koc chronił nas przed wszystkim, czym świat w nas uderza.
Nagle moje serce znów postanawia przypomnieć mi że nie wszystko jest z nim w porządku. Przez chwilę drżę, czuję jak ból w głowie zaczyna pulsować mi w rytm tętna.
Tim łapie mnie za rękę. Przez chwilę się dziwię, ale potem splatam swoje palce z jego, bo nagle pojmuję znaczenie tego gestu. To jedyny człowiek, który w takim momencie nie pomyślał, że jest mi zimno. On wiedział. I bez słów zareagował dokładnie tak, jak bym najbardziej chciała.
Nadal nie wiem, jak się na to zdobywam, ale kładę głowę na jego ramieniu, bo czuję, że tak chcę i w tym momencie niezbyt chcę sobie tego odmówić. Mam wrażenie, że muszę teraz korzystać z tego, jakie mam możliwości, bo niedługo je stracę.
Chcę, abyśmy mogli już tak zostać na zawsze. I chcę, żeby Tim też tego chciał.

***
Aina
- Muszę już do nich wracać – mówi, słyszę, że płacze.
- Hampus – podnoszę głos – Jestem z tobą. Możesz dzwonić kiedy tylko będziesz potrzebował. Nawet gdy będę spać. Okej?
- Tak – prawie widzę go, jak potakuje potulnie. Chcę go przytulić.
- Będzie dobrze – mówię, bo w zasadzie jestem o tym przekonana.
- Dziękuję – słyszę, jak stara się mówić jak najmniej drżącym głosem – Cześć.
- Trzymaj się, pa.
Odkładam telefon i patrzę na niego jak na winowajcę. Nie mogę uwierzyć w to co się stało. Każdy może mieć straszne problemy, nie dawać sobie rady, ale Hampus zawsze sobie radził. Szczerzył się jak debil na szpitalnym łóżku, śmiał się, gdy wpadł do przerębla w styczniu, uśmiechał się do nauczycielki od matmy nawet gdy zagroziła mu poprawką. Nigdy w życiu nie spotkałam bardziej zabawnego, radosnego człowieka niż on. Był moim słoneczkiem. Nie może tak po prostu zgasnąć.
Myślę, że chyba najlepiej będzie, jak sobie popłaczę, to może mi pomóc. Pociągam nosem, bo już mi się zbiera.
Huk uderzających o ścianę drzwi sprawia, że podskakuję w miejscu.
- O tej godzinie będziesz przez telefon gadać?! – na jej widok mam ochotę przybić jej piątkę w twarz krzesłem – Spójrz na zegarek! Obudzisz Kristera!
Zamiast na zegarek, patrzę na nią sarkastycznie.
- Ja go obudzę? – wtrącam mimochodem.
Kobieta wpada w furię.
- Zawsze mnie obrażasz! Lennart! – unoszę brwi gdy słyszę imię taty, bo wiem, że i tak będzie bał się zrobić cokolwiek – Przemów swojemu dziecku kiedyś do rozumu! Zbuntuje przeciw mnie cały świat! Ja nie wiem skąd w niej tyle nienawiści i…
Jej głos się oddala, im niżej schodzi po schodach. Mam nadzieję, że nie wyładuje złości na tacie. Wtedy bym ją chyba zabiła.
Rozsiadam się z powrotem na kanapie, wpatruję się ze złością w ścianę naprzeciw. Mam ochotę coś rozwalić.
Nie zdążam obrać sobie celu, zanim drzwi do pokoju otwierają się, a zza nich wystaje biała czupryna Kristera.
- Mogę wejść? – pyta.
- Możesz – w moim głosie jeszcze pobrzmiewa wściekłość.
Chłopak zamyka drzwi cicho, uważając, aby ona nie usłyszała.
- Chciałem się wtrącić, ale jak sobie pomyślałem, że na mnie też będzie się wydzierać, to stchórzyłem – opuszcza bezsilnie ręce – Przepraszam.
- Nie szkodzi – mówię cicho.
Na dobrą sprawę, nawet nie chciałabym, żeby się w to wtrącał. Gdybym mogła, obroniłabym od tej kobiety cały świat.
- Co się stało? – pyta, siadając naprzeciw mnie na podłodze.
- Brat Hampusa ma białaczkę. Hampus płacze – mówię na jednym tchu.
Krister wbija wzrok w podłogę. Nie oczekuję od niego teraz, aby wiedział, co powiedzieć.
- Chodź tutaj – rozkładam ramiona, a gdy brat się podnosi, przytulam go delikatnie – Wiesz, że cię kocham, mimo twojej wredoty? I że twoje zdrowie znaczy dla mnie więcej niż myślisz?
Czuję, jak Krister kiwa głową.
- Też cię kocham, mimo że mawiam, że nie – mówi – Jesteś jeszcze najważniejszą kobietą w moim życiu. A Nikolaus da radę.
Z dołu dociera do nas huk. Musiała trzasnąć drzwiami.
- Mogę dzisiaj spać u ciebie? – pyta Krister.
Nie odpowiadam, tylko gaszę lampkę do czytania i kładę się. Mój brat mości się obok i przykrywa kocykiem, na którym zawsze śpi Pixel. Pies wchodzi do pokoju od razu gdy zauważa, że światło jest zgaszone i pakuje się między nas do łóżka. Jestem w bardzo bliskiej styczności ze ścianą, Krister wisi połową ciała w powietrzu, a król wszystkich istot świata dumnie ziewa i układa łeb na kawałku koca.
Bardziej idealnie mogłoby być jedynie wtedy, gdyby miejsce tutaj znalazł sobie również Hampus.

***
Lena
Otwieram oczy i niepokoję się, gdy widzę ciemność, ale od razu wszystko sobie przypominam. Zasnęliśmy oboje w półsiedzącej pozycji. Nie chcę się ruszać, aby go nie obudzić.
Nagle przypomina mi się moment, gdy jeszcze mieszkałam w Los Angeles i poszłam do koleżanki na noc filmową. Poznałam tam chłopaka i przegadałam z nim pół X-Mena, mimo, że uwielbiałam ten film, a potem, gdy leciał jakiś nudny i wszyscy zasnęli, położyłam się razem z nim. Rozmawialiśmy. On mnie przytulał, tak… Bardzo. Wtedy mi się to podobało, ale gdy się obudziłam, to zastanawiałam się, co mi, do cholery, odpierdzieliło. Pisałam z nim później, ale czułam się strasznie dziwnie wtedy, gdy się obudziłam i zrozumiałam, co robiliśmy o czwartej nad ranem.
Z Timem jest inaczej. Nie chcę od niego uciekać, tak jak od Bale’a. Tim jest inny. Jest… Właściwy.
- Zasnęliśmy? – pyta zaspanym głosem, prawie doprowadzając mnie do zawału – Przepraszam. Ale zasnęliśmy?
- Tak – opowiadam – Która godzina?
- Musisz wstać, bo masz biodro na moim telefonie.
Po jaką cholerę mi była ta informacja?
- U mnie dziewiąta wieczorem – mówi – Spaliśmy około pięciu godzin. Ale nie wiem, czy to coś tutaj znaczy. Czas tu chyba nie istnieje.
Podnosi się, a ja mam ochotę pluć sobie w brodę. Chciałam tak zostać, do cholery jasnej.
- Jakby co, nie sprawdzaj godziny na swoim zegarku – mówi – Tutaj nikt się do tego nie stosuje. Po prostu śpimy, gdy zaśniemy.
Wbrew temu, co powiedział, wyciągam telefon z kieszeni. W Szwecji jest czwarta nad ranem.
Gdy blokuję urządzenie, zauważam kartkę leżącą na podłodze. Podnoszę ją, ale nie czytam tego, co jest na niej napisane.
- Wypadło ci coś – zwracam uwagę chłopaka i wyciągam w jego stronę dłoń ze zszarganym kawałkiem papieru.
Tim odwraca się i chwilę potem łapie za kieszeń. Jest spięty. Wygląda, jakbym znalazła coś, co za wszelką cenę chciał ukryć. Przełyka ciężko ślinę, co widać na jego wyraźnie odznaczającym się jabłku Adama.
- A... Mogę ci opowiedzieć co to? – pyta, zabierając ode mnie kartkę.
Kiwam głową.
Siada obok mnie i rozprostowuje papier, wpatrując się w niego, jakby widział tam dużo więcej niż ktokolwiek inny. Przez chwilę jego lewa ręka drży. Chłopak bierze głęboki oddech.
- To list od mojego przyjaciela – mówi to takim tonem, jakby to był zwyczajny list, ale przecież wiem, że nie jest. – Napisał go tuż przed tym, jak się zabił.
Cóż za ironia. I ja sobie myślałam, że mogę się tak po prostu w nim zauroczyć i go nie ranić?
- Wiesz, on wiedział, że to ja go znajdę. Jego rodzice wyjechali, więc był sam w domu. I... To jest moja wina.
Patrzę na niego z dezorientacją.
- Wiedziałem, jaki on jest – kontynuuje. – Mieliśmy w szkole prześladowców. Baliśmy się chodzić do szkoły przez nich. Robili wszystko, byle nas udupić, od rzucania naszymi rzeczami, przez wrzucanie petów do szafek, po bicie i to nie takie sobie. I on przez to chciał się zabić, a ja próbowałem go przed tym powstrzymać. Codziennie po szkole pisałem z nim, dzwoniłem, jak trzeba było to przychodziłem, aby tylko go jakoś wesprzeć, ale to mało dawało, bo jego lęki zaczęły przechodzić na mnie. Powoli przestawałem mieć do tego zdrowie, udzielało mi się to, co jemu, leżałem w łóżku i myślałem tylko o tym, jak boję się ranka. Raz nie przespałem całej nocy, bo do czwartej gadałem z nim, a gdy on już zasnął, ja nadal nie mogłem i przeleżałem sparaliżowany strachem do rana. Ten dzień był naszym najgorszym w szkole. Cały czas bałem się, że na mnie czyhają, przez to, co on mi nagadał, a potem i tak mnie pobili, bo usiadłem na „ich” ławce. Gdy wróciłem do domu, gapiłem się tylko w jeden punkt i trząsłem się. I wtedy zasnąłem. Zostawiłem go samego na trzy godziny, a on to zrobił. Rozumiesz to? Trzy godziny. Wystarczyły.
Przerywa na chwilę i podnosi na mnie wzrok znad listu. Widzę w jego oczach łzy i przerażenie, mam ochotę go przytulić, ale się boję.
- To nie twoja wina – wtrącam, ale on nie słucha.
- Znalazłem go w łazience, wokół była krew. Wypływała mu z uszu. Chyba coś wziął, a gdy upadł, musiał się uderzyć mocno w głowę – mówi bez emocji, jak robot. – Jak znalazłem ten list, to dopiero wtedy wszystko... Do mnie dotarło? Jakby mnie uderzyło i pamiętam, że poczułem jakbym miał stracić przytomność, upadłem na podłogę a potem otworzyłem oczy tutaj.
Wiem, że to koniec opowieści, ale nie mam pojęcia co powiedzieć. Siedzę w milczeniu próbując go nie przytulić.
- Nie chciałem ci tego wcześniej mówić, bo... Lena, lubię cię. I chciałem, żebyś ty mnie też lubiła.
Nie wiem, co ma jedno do drugiego, ale jeśli jego zdaniem ma, to gdyby poznał moje myśli, znienawidziłby mnie.
- Chciałem cię przed tym jakby ochronić, ale chyba nie można, nie?

Nie mogę już dłużej wytrzymać jego lęku. Przytulam go mocno, tak aby wiedział, że lubię go bez względu na to, co mu się przytrafiło i jak to na mnie wyrzucił. Myślę, że nikomu wcześniej tego nie mówił, a widać, że potrzebował. Mam nawet wrażenie, jakby nieco mu to pomogło, szczególnie, gdy odwzajemnia uścisk i czuję jak jego klatka piersiowa równo unosi się i opada. Po chwili liczy się dla mnie tylko jego spokojny oddech.

sobota, 13 maja 2017

Rozdział 5


Jest jedna rzecz, która łączy mnie i mojego brata, i nigdy się nie zmienia. Proces zauroczenia się w naszym przypadku trwa kilka sekund.
To trochę chamskie. Jestem w innym świecie, w realnym swój byt odprawia moja podróbka, a ja siedzę sobie prawie spokojnie, gadając z chłopakiem, którego znam parę godzin, i wyobrażam sobie z nim moją przyszłość. Na serio. Tim jest dokładnie taki, jakiego sobie wyobrażałam mojego chłopaka.
- Jestem basistą – mówi – Chciałem być wokalistą, ale... Sama wiesz. Zarzynana koza.
Stwierdzam, że umiem się dogadać ze starszymi ode mnie długowłosymi basistami. Mój najlepszy przyjaciel, Patrick, jest basistą i ma takie włosy, że wszyscy nazywają go piątym Beatlesem.
- Czyli obraziłaś się na Stany i nie ma szans, że jakoś niedługo wrócisz do domu? – dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że go zignorowałam.
- No tak jakby – przyznaję.
- Szkoda – mówi Tim – Słuchasz fajnej muzyki.
Nie chcę psuć naszej miłej rozmowy, ale wiem, że muszę to zrobić, żeby się w nic nie wkopać.
- Tak naprawdę, to najchętniej słucham metalcore – przyznaję – Wiesz, takiego, że wszyscy hejtują ich, bo wyglądają na pedałów.
- Metalcore jest fajny – kudłacz uśmiecha się – Mój zespół gra metalcore. A do słuchania z tego gatunku najbardziej lubię chyba Killswitch Engage.
Moja ulga pryska w tym momencie, w którym mówi nazwę zespołu. Tim słucha wszystkiego bardzo na poważnie. Killswitch Engage to klasyka metalcore.
Wśród moich ulubionych najwięcej jest takich, których wszyscy nazywają gaycorem.
- Ja najbardziej lubię Of Mice & Men – przyznaję, póki mam na to odwagę i przygotowuję się na krytykę.
- Mhm – chłopak wzrusza imionami – Nie zachwycają mnie, ale są spoko. Naprawdę myślałaś, że będę hejtować?
Powoli kiwam głową.
- Proszę cię, kto ma czas na hejtowanie zespołów? – pyta – W sensie wiesz. Kochajmy zespoły, które kochamy, a jak jakichś nie lubimy, to okej, ale kogo to obchodzi?
Jaki on mądry.
Po raz kolejny następuje cisza, ale tym razem to ja postanawiam ją przerwać.
- Rany, aż nie wierzę, że istniejesz. Słuchasz metalcore i do tego jeszcze grasz w takim zespole, a ja cię znam – dziwię się na głos.
- Hm, wiesz – o, w tym momencie czar pryśnie – Ten zespół to taki przejściowy, podejrzewam, że długo nie wytrwamy. Kłócę się strasznie z wokalistą. A poza tym, najbardziej lubię punk rock i hardcore, chcę w przyszłości stworzyć coś w ten deseń.
Czar nie prysł. Cholera.
- Możesz być wokalistą w zespole razem z moim przyjacielem basistą – mówię.
Nie dodaję, że mój przyjaciel basista został moim przyjacielem, bo poznaliśmy się na koncercie Green Day, kiedy oboje wzdychaliśmy do członków zespołu. Obecnie Patrick zakochał się w... Moim bracie. A co ciekawe, Tim jest bardzo w jego typie. O wiele bardziej niż Mike. W sumie w Mike'u nie pociąga Patricka nic szczególnego, może tylko to, że rapuje.
- Najpierw musimy stąd wyjść.
Mam ochotę w tym momencie zapytać go, dlaczego tu trafił, ale się na to nie zdobywam.
- Poza tym, nawet nie wiesz, jak śpiewam.
- Masz interesujący głos.
- Wzięłabyś mnie za wokalistę tak w ciemno? – śmieje się – Wiesz, ja mam swoje dziwactwa. Na przykład lubię słuchać Lorde.
Och.
- A zaśpiewałbyś mi? – nie mam pojęcia jakim cudem zdobyłam się na odwagę, żeby go o to zapytać.
- Jasne – wzrusza ramionami.
Znam tylko jedną piosenkę Lorde, więc tą, którą wybiera Tim, słyszę po raz pierwszy. Chłopak śpiewa z akompaniamentem kiepskiej jakości nagrania z jego telefonu.
I w tym momencie jestem pewna, że to nie jest efektem nagłego zauroczenia, a jego głos naprawdę jest najpiękniejszym, jaki w życiu usłyszałam. To tylko kwestia głosu, ale on brzmi idealnie, nie wyobrażam sobie, jak ktoś mógł go nazwać zarzynaną kozą. Podoba mi się tak bardzo, że nawet nie umiem tego opisać słowami. Każdy mówi o swoim ulubionym wokaliście, że jest wyjątkowy. Ja też, ale Tim naprawdę jest wyjątkowy.
- Możesz coś jeszcze? – pytam cicho próbując się nie wyszczerzyć, aby nie wziął mnie za szalejącą za nim psychopatkę.
Nie wiem, skąd ma akustyczną wersję, ale śpiewa piosenkę, którą poznaję od razu, bo to jedna z tych, której słuchamy z Patrickiem nałogowo – The Ghost Of Tom Joad Rage Against the Machine. Jest w jego głosie coś, co dodaje jakby większej barwy temu utworowi. I co najgorsze, myślę o tym intensywnie i nie potrafię tego wyrazić słownie. Kocham jego głos.
Gdy piosenka się kończy, chłopak patrzy na mnie spod loczków zakrywających mu twarz. W kompletnej ciemności zazwyczaj czuję się nieswojo, a wręcz się boję, ale przy nim czuję się jakoś dziwnie bezpieczna.
- Uwielbiam cię – mówię prawie szeptem.
- Och – brzmi na zdziwionego, ale jest w tym jeszcze coś, jakby poczucie winy, lub jakbym ja zrobiła coś źle, ale on nie chciał mi mówić, abym się nie obraziła – Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek to usłyszę.
Wiem, że ma jakiś straszny problem. Każdy tutaj ma. Tak bardzo chcę zapytać, że aż mnie skręca, ale wszystko wokół daje mi do zrozumienia, iż to tak delikatne, że jeśli chcę aby Tim nie zraził się do mnie na samym początku, powinnam siedzieć cicho.
- Też zajmuję się muzyką – wracam do poprzedniego tematu, bo mam wrażenie, że cała ta rozmowa to jakiś sen i jeśli go nie podtrzymam, to się obudzę – Gram na pianinie czternaście lat. Na gitarze mniej. I śpiewam, ale nienawidzę swojego głosu.
Tak. To moje główne przekonania. W sumie muzyka jest jedynym, co potrafię tak naprawdę robić całkiem dobrze, ale to nie wystarcza. Co z tego, że potrafię od razu zagrać wszystko, co usłyszę? Mike potrafi sam coś stworzyć. Przy nim jestem beztalenciem.
- Zaśpiewaj mi coś.
- Nie – to pierwsza, impulsywna odpowiedź i wiem, że czego by nie powiedział, jej nie zmienię.
- Dlaczego?
- Nie chcę. Za każdym razem, gdy słyszę swój głos, mam ochotę rzucić muzykę w cholerę i nigdy do niej nie wrócić.
- Nie myśl za dużo. To niszczy.
Wiem. Już się niszczę.

Aina
Kupuję wodę mineralną, wzrokiem uciekając na stojące na małej półce z książkami kryminały. Chyba wrócę do czytania Tess Geritssen. Jej dwie książki są fajne.
Gdy się odwracam, widzę Hampusa, który wziął moją walizkę. Próbuję mu ją zabrać, ale znowu wzięło go na robienie z siebie dżentelmena i nie mam szans. Na peron idę tylko z plecakiem na plecach i plastikową butelką w ręku.
Jesteśmy dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu, jak zawsze. Widzimy już stałych pasażerów; starszego pana noszącego zawsze ten sam czarny polar, i niewydoroślałego czterdziestoparolatka w butach Nike, bluzie z tym samym logiem, czapce z płaskim daszkiem i objawiającej się po części fryzurze na człowieka pędzla.
Pojazd podjeżdża na peron wtedy, gdy szukam sobie w intrenecie jakiegoś dobrego bohatera anime do narysowania. Mam dylemat pomiędzy Yukine z Noragami i Rinem z Ao No Exorcist – mam marzenie, aby to pozostało moim problemem weekendu, ale wiem, że wiedźma postara się, aby tak nie było.
Hampusowi rozładowuje się telefon i wtedy wyciąga z plecaka laptopa, włącza program, o którym Lena ciągle przypomina mu, jak go zazdrości, i zaczyna montować swój nowy odcinek na YouTube.
- Nie uważasz, że Lena i Tim do siebie pasują? – pytam, zupełnie jakby fakt, że ta dwójka obecnie przebywa razem, nie był ani trochę dziwny.
- Oczywiście – potwierdza blondyn z poważną miną, nadal wgapiony w laptopa – Ona jest zbyt męska, on zbyt kobiecy, więc się równoważy. Tak. Pasują do siebie.
Patrzę na niego sarkastycznie; jak zwykle udało mu się być jeszcze mniej poważnym niż go podejrzewałam. Nakładam słuchawki na uszy – zawsze tak robię, więc Hampus się nie dziwi, bo wie, że muszę chwilę posłuchać. To ostatnie chwile spokoju w moim tygodniu.
Zawieszam palec nad wyświetlaczem, bo nie mogę wybrać spośród dwóch piosenek, którą bardziej chcę posłuchać. Widzę, że usta Hampusa są niemal niezauważalnie rozchylone.
- My też do siebie pasujemy – mówi cicho, pewnie nie wiedząc, że jeszcze niczego nie słucham.
Czując, jak serce bije mi szybciej, powoli klikam w piosenkę i blokuję telefon, kątem oka patrząc na Hampusa, aby upewnić się, że niczego nie zauważył.

Hampus
Podchodzę do drzwi domu i pukam trzy razy, opierając się o ścianę po prawej. Coś wydaje mi się podejrzane i dopiero po chwili zauważam, co; okna nie są zasłonięte, wszędzie jest zgaszone światło. Nawet nie patrzę do środka, wiem, że nikt nie idzie mi otworzyć.
Otwieram walizkę, brudne ubrania które jak zawsze spakowałem w pięć sekund wysypują się na ziemię. Zaczynam przewracać wszystko po kolei, nerwowo przekopuję walizkę. Przy okazji znajduję ładowarkę, której nie chciało mi się szukać w pociągu.
Klucze od domu są w skarpetce.
Otwieram drzwi i nawet nie zadaję sobie trudu oglądania się za jakimiś śladami życia. Coś się dzieje i dobrze to wiem. Zapalam światło w kuchni, podchodzę do lodówki. Żadnej karteczki. Podłączam telefon i w czasie gdy się włącza, sprawdzam też szafkę w przedpokoju i swoje biurko. Żadnych informacji. Dopadam z powrotem do telefonu. Pamiętam pin dobrze, ale udaje mi się go prawidłowo wpisać dopiero za trzecim razem.
Miliard nieodebranych połączeń od mamy i taty, miliard wiadomości na poczcie głosowej. Nie odsłuchuję ich tylko od razu dzwonię do mamy. Odbiera po dwóch sygnałach.
Nie wita się ze mną, tylko po prostu zaczyna mówić, przez co to wszystko tak we mnie uderza, że aż muszę usiąść, bo ze strachu kolana mi miękną. Przez długi czas słyszę słowa, ale rozumiem je dopiero wszystkie w jednej chwili i wtedy zrywam się na nogi, rozłączam się i wypadam z domu, nie pamiętając nawet, czy go zakluczyłem.
Wsiadam do pierwszego lepszego tramwaju, wiem, że nim nie dojadę, ale dwa przystanki od momentu gdy zbacza z mojej trasy mogę przebiec, pewnie i tak będzie szybciej. Uderzam miarowo palcami o poręcz. Mimo, że nie ma wielkiego tłoku, czuję, jakby to wszystko mnie gniotło. Duszno mi.
W momencie, gdy wsiadają kanary, zdaję sobie sprawę, że zostawiłem w domu portfel z kartą miejską i pieniędzmi, za które mógłbym szybko kupić bilet. Idę na przód pojazdu, z nadzieją, że może mnie nie złapią. Robię to tak gwałtownie, że motorniczy patrzy na mnie znacząco. Grzebię po kieszeniach, ale wyjątkowo dzisiaj nie mam w ani jednej korony. Kanary to widzą. Od razu podchodzą do mnie.
Nie mogę wysiąść. Nawet ich nie słucham, od razu zaczynam gadać.
- Ja przysięgam, że się do was zgłoszę. Zapłacę mandat, mogę nawet dwa. Tylko nie wypisujcie mi go teraz, ja muszę jechać do szpitala, mój brat ma operację, nie wiem co się dzieje. Muszę go zobaczyć, ja nie jestem złym człowiekiem, za wszystko uczciwie płacę, ale ze stresu zapomniałem portfela, błagam, dajcie mi jechać! Zapłacę wszystko! Proszę!
Grubszy z mężczyzn patrzy na mnie z politowaniem.
- Niezłe umiejętności aktorskie – komentuje chudszy.
Tak, jak przed chwilą moją głowę wypełniało tysiąc myśli naraz, tak teraz jest pustka. Nie czuję nic oprócz lęku o brata i bezsilności. Ręce mi się trzęsą. Zaczynam płakać, bo nie umiem niczego innego zrobić.
Tramwaj zatrzymuje się na przystanku.
- No już, wychodź – grubszy kanar stoi przy drzwiach gotów do opuszczenia pojazdu.
- Nie – odpowiadam, patrząc mu prosto w oczy przez łzy – Możecie mi nie wierzyć. Nie wysiądę, jak chcecie, to idźcie cały czas za mną. Zobaczycie, że mówię prawdę – przez ściśnięte gardło mój głos brzmi nienaturalnie chłodno.
- Nie mamy czasu na takich gówniarzy – chudszy kanar zaczyna mnie szarpać.
W tym samym czasie czuję dotyk na prawej dłoni i wrażenie bycia osaczonym każe mi go odepchnąć, ale kątem oka widzę skrawek biletu. Drzwi tramwaju zamykają się, a ja podnoszę wzrok na około sześćdziesięcioletnią kobietę wyciągającą rękę w moim kierunku. Bez zastanowienia biorę od niej bilet. Jest skasowany.
Mężczyzna mnie puszcza, a ja, czując, jak bardzo jestem czerwony, ledwo wykrztuszam podziękowania w stronę nieznajomej kobiety. Nie zajmuję się ocieraniem łez. Patrzę, jak kanary kontrolują osobę, która właśnie kupiła mi szansę na wsparcie rodziny. Ma drugi skasowany bilet. Ustawione do tyłu miejsce tuż obok mnie się zwalnia. Nie rozglądając się wokół, po prostu się na nie osuwam.
Na następnym przystanku kanary wychodzą. Chcę pokazać im środkowy palec, ale ręka, którą podnoszę, wędruje do mojej twarzy i chwilę później ukrywam ją w dłoniach, osuszając łzy.







Garść ciekawostek:
1. Tekst o braku czasu na hejtowanie zespołów to autentyczny cytat Tima.
2. Tim wcale nie lubi słuchać Lorde. Zrobił cover jej piosenki, bo jego córcia chciała.
3. Korony to pieniądze szwedzkie, Hampus nie szukał po kieszeniach tych, co ma król na głowie. Niby oczywiste, ale jednak można było tak pomyśleć. 
4. Sama robiłam obrazek z początku rozdziału (chyba najgorszy jaki dotąd udało mi się stworzyć, ale chodzi mi o tekst). Cytat jest z piosenki letlive. "Copper Colored Quiet". 
5. letlive. są również w zwiastunie do MU. Zespół rozpadł się dwa tygodnie temu.
6. Ten rozdział jest tak stary, że jak pisałam o Lenie opowiadającej o Of Mice & Men, Austin Carlile należał jeszcze do zespołu.

sobota, 18 marca 2017

Rozdział 4

Lena
Pytam, co się stało Timowi chwilę po tym, jak go w ogóle zauważam. Aż dziwię się, że zdobyłam się na to, aby się odezwać nieproszona. Zabandażowana, tnąca się (a przynamniej taką mam nadzieję; miałabym towarzyszkę) Abigail cicho odpowiada, że to sprawa Lucasa, więc dalej nic nie mówię. Podchodzimy do łóżka, na którym leży nieprzytomny.
Chłopak wygląda… Marnie. Jest blady jak papier, chudy, i ma bardzo dziwne, kręcone i przydługie włosy. Lewą dłoń zaciska w pięść. Abigail jednym, wprawnym ruchem delikatnie rozprostowuje jego palce, jakby robiła to codziennie. On nie reaguje. Oddycha miarowo, jego klatka piersiowa równo unosi się i opada.
- Przywalił mu z łokcia w skroń – szepcze dziewczyna, kontrolnie spoglądając na Lucasa.
Chłopak nawet na nią nie patrzy. Zdając sobie z tego sprawę, Abigail oddycha z ulgą.
- Dlaczego to zrobił? – pytam.
Wszyscy zajmują się sobą, powstaje nawet niewielki hałas, więc Abigail zaczyna się czuć bezpiecznie.
- Wiesz, Lena, każdy, kto tu trafia, ma poważny problem. W zależności od niego, trafiasz do pokoju z kimś, kto ma podobny. Tutaj jest pokój, do którego trafiają ludzie z agresją. Niestety ten świat nie przemyślał kwestii, że autoagresja jest zupełnie inna niż agresja do spotykanych ludzi. Dlatego muszę z nim wytrzymywać – wskazuje wzrokiem Lucasa.
Zaczynam się zastanawiać, dlaczego ja pojawiłam się w pokoju z Hampusem. Przecież tnę się, jak Abigail. Ale równie dobrze mam jeszcze mnóstwo innych problemów. Tylko jaki mam wspólny z Hampusem?
- Bije cię? – pytam.
Nie mam bladego pojęcia, jakim cudem w ogóle ośmielam się otworzyć usta. Przecież to osobiste pytanie. Jestem jak chamsko oczekująca wyznań policjantka, czy inny detektyw. Nie wiem, co mi jest.
- Nie, tylko parę razy przycisnął mnie do ściany, lub podłogi.
Patrzę na Ainę, a potem na Tima. Coś mi to przypomina.
Już mam podejść do moich przyjaciół, gdy kudłaty krzywi się. Domyślam się, że odzyskał przytomność. Nagle mam ochotę uciec, aby mnie przypadkiem nie zobaczył, ale nie umiem się ruszyć. Abigail zwraca pozostałym uwagę na niego.
Tim otwiera oczy. Mimo, że ledwo co widzę, od razu zauważam, że ma heterochromię. Ja poniekąd też mam, ale centralną. Moje oczy są niebieskie przy białkach i brązowe przy źrenicach, a on ma autentycznie prawe brązowe i lewe niebieskie oko. Kocham heterochromię. O jeny, jego oczy są przepiękne.
Po chwili przepiękne oczy mrugają z dezorientacją. Tim musi się czuć osaczony. Szkoda mi go.
- Jak ci? – pyta jak gdyby nigdy nic Laia.
Chłopak nie odpowiada. Błądzi wzrokiem po wszystkich twarzach, zastanawiam się, czy Abigail nie jest jego dziewczyną, bo z troską go dotykała. Mam wrażenie, że szuka wśród nas wszystkich kogoś, z kim się trzyma. Dlatego czuję, jak przyspiesza mi tętno, gdy jego przepiękne oczy wpatrują się we mnie. Przełyka ślinę i już prawie słyszę, jak mówi typowy tekst w stylu „co się stało?” lub „gdzie ja jestem”, więc moje osłupienie jest największe, gdy nadal ze wzrokiem wbitym we mnie, odzywa się:
- Naprawdę słuchasz Nirvany?
Pomieszczenie wypełnia głośny plask. Patrzę w lewo. Myles łapie się za głowę.
Dopiero wtedy, gdy Aina szturcha mnie w ramię, zdaję sobie sprawę, że to pytanie było skierowane do mnie.
- Um… Tak – odpowiadam nieśmiało. Czuję się winna, że przeze mnie pozostali tracą czas na rozprawianie o zespołach. Jednocześnie od razu stwierdzam, że Tim musi być bardzo fajny.
Lubię gadać o muzyce, dlatego poniekąd od razu doceniam to, że tak szybko zauważył, jaką mam koszulkę. Co prawda nie kupiłabym jej sobie sama. Dostałam od koleżanki na trzynaste urodziny, mimo, że było wtedy i do dzisiaj jest wiele zespołów, które uwielbiam bardziej niż Nirvanę.
- To super – mówi kudłacz – Jaką piosenkę najbardziej lubisz?
W tym momencie sztuczny tłok wokół niego się przerzedza, załamani nastolatkowie wracają do poprzednich grup.
- Come As You Are  - odpowiadam – A ty?
- Sliver – wypowiada to jakby z rozbawieniem – Podoba mi się, bo to taka fajna, zwyczajna piosenka o chłopcu, który nie może usiedzieć u babci. Poza tym, umiem ją śpiewać, ale znajomi mówią, że brzmię jak zarzynana koza…
- Timothy, zamknij ryj, bo ci go tak pokiereszuję, że będziesz nie tylko brzmiał, ale i wyglądał jak zarzynana koza – cedzi przez zęby Lucas, który nadal siedzi ze wściekłą miną na łóżku.
Zastanawiam się nad tym. Dla mnie Tim wcale nie brzmi jak zarzynana koza, jeżeli mam jego głos porównywać do zwierzęcia, to bardziej do kaczki. Kątem ucha słyszę, że Ainę chyba rozśmieszyło jego pełne imię, bo mówi do Hampusa, że z pewnością Tim ma brata Garniera i siostrę Schaumę.
I gdy tak stoję, słucham moich przyjaciół i patrzę na nowego znajomego, który unosi brwi w odpowiedzi na usłyszany tekst, nagle do mnie dociera, jak to wszystko jest bez sensu. Mam wrażenie, że to wszystko jest snem, że to miejsce nie istnieje naprawdę, że ci ludzie są wymyśleni. Przez chwilę się boję; chciałabym, aby Tim istniał naprawdę, bo jest fajny, rozmawiał ze mną o Nirvanie i do tego śpiewa.
Nie wiem, co mam robić, więc odwracam się, żeby wrócić do Ainy i Hampusa, ale czuję uścisk na nadgarstku.
- Jak masz na imię? – pyta Tim, tym razem już siedzi. Za szybko się podniósł, widzę to po tym, jak łapie się za głowę i mruży oczy.
- Lena – odpowiadam, patrząc kątem oka na Ainę, która śmieje się ze mnie, że nie potrafię się uwolnić od nowego znajomego.
- Jesteś tu chwilowo, czy zostaniesz?
Chyba go nie rozumiem. Dlatego po chwili milczenia się do tego przyznaję.
- Jak tu trafiłaś? – pyta, wstając.
Jest niski. Zaledwie paręnaście centymetrów wyższy ode mnie, mającej niewiele ponad półtora metra. Krzyżuje ramiona na piersi i opiera się nogami o łóżko. Dziwnie uważa na swoje plecy.
- Ktoś zadzwonił do mojego przyjaciela i kazał nam skoczyć z mostu – mówię kpiącym tonem.
- Nieźle – przytakuje.
- No i była też z nami przyjaciółka, do której nikt nie dzwonił, Aina, znasz ją – dodaję.
- A ten przyjaciel miał wypadek?
- Tak.
- Lepiej idźcie stąd dopóki zbyt wiele się nie dowiecie – chłopak unosi brwi z rezygnacją.
Podchodzimy do Ainy i Hampusa, którzy ponownie są zajęci wymyślaniem zabawnych tekstów o kuzynach Persilu i Vanishu.
- Musicie stąd wyjść – przerywa im Tim.
- Bardzo chętnie – odpowiada szybko Hampus i zaczyna się kierować do wyjścia.
Patrzymy na niego w niejakim osłupieniu, gdy otwiera klapę i wychodzi na zewnątrz, rzucając niedbałe „cześć” do pozostałych. Po chwili idziemy w jego ślady.
I gdy już się tam wybieramy, a Tim dla ścisłości tłumaczy również Hampusowi i mi, jak działa portal do realnego świata, wiem, że nie dam rady. Moje myśli są przez całe życie tak pesymistyczne, że nie ma mowy, abym stąd wyszła. Po co chcieć się stąd wydostać, skoro i tu, i tam chcę się zabić? A tutaj przynajmniej mam nowego znajomego, który słucha podobnej muzyki jak ja.
Skoro czas leci tak, że jak wrócę, nikt nie zauważy mojego zniknięcia, to po co teraz wracać? Nie mogę się przecież stresować.
Dlatego właśnie puszczam Ainę i Hampusa przodem i staram się nie dostawać zawału, gdy ich sylwetki rozmazują się a po chwili znikają, wracając do realnego świata. Kiedy sama staję na schodach, moje serce bije mniej więcej sto trzydzieści razy na minutę – jestem z tym tak przećwiczona, że już potrafię to rozróżniać.
I w tym momencie zaczynam się bać tego świata. To wszystko jest jak skonstruowany przez kogoś mechanizm, który działa bez zarzutu, a ja nie do końca wiem, do czego służy. Chyba wolę zadowolić się tym, co już mam.
Kiedy wyleciałam do Szwecji, byłam pełna nadziei, że wreszcie coś w moim życiu ruszy. Jednak gdy poznałam chmarę nowych ludzi i przystosowałam się do środowiska, odkryłam, że to nie chodzi wcale o otoczenie, tylko o mnie. Nie mam dobrej opinii wśród uczniów, bo ilekroć ktoś przypadkiem próbuje wyciągnąć mnie na imprezę, stanowczo odmawiam, tylko dlatego, że nie chcę dać się namówić na alkohol. Nie mam popularności, bo nie chce mi się wstawiać na snapchata połowy mojego życia. Nadal nie potrafię zwyczajnie podejść do nieznajomej osoby i zacząć z nią gadać, ograniczam się do Ainy, w porywach razem z Hampusem, który jest bardziej jej przyjacielem, niż moim. Gdy jadę tramwajem z kimś ze szkoły, starcza mi sił na spróbowanie porozmawiać tylko trzy razy, potem daję spokój i sobie i osobie obok, zakładamy słuchawki i zamykamy się w swoich światach.
Nie przeszkadza mi bycie szkolnym plebsem, w sumie nawet nie chciałabym być gwiazdą, ale chodziło mi o coś innego. Chciałam chociaż w połowie dogonić mojego brata, który został przewodniczącym samorządu szkolnego, znał większość szkoły, a cała szkoła znała jego, chodzi na imprezy i tylko raz w życiu się upił, gdy wstawi zdjęcie na instagrama, to pół jego znajomych o tym gada, a do tego właśnie zaczął studia, na które dostał się jako najmłodszy z wszystkich. Cała rodzina go uwielbia, ale babcia nadal potrafi mu powiedzieć, że jest okropnym gówniarzem, ma wszystko w dupie, je za dużo, za mało śpi, za mało o nią dba i do tego pewnie jej nie kocha.
Babcia finansuje ze swojej emerytury wynajmowanie mieszkania dla Mike’a. Zazwyczaj przychodziła do niego co tydzień, ale odkąd wypił jedno piwo, przychodzi co dwa dni, sprawdza jego lodówkę i powtarza mu, że jest pijakiem. Wszystko obserwuje Brad, współlokator Mike’a. Babcia bardzo nie lubi Brada, bo chłopak myje się raz na miesiąc i śmierdzi tak, że nawet mojemu pocącemu się litrami bratu to przeszkadza. Jak Brada nie ma w domu, babcia opieprza Mike’a za to, że zadaje się z takimi brudasami.
Tylko jest jedna różnica. On sobie z tym radzi, a ja nie. On potrafi manipulować babcią tak, jak ona manipuluje nami, a ja nie potrafię nic. Dlatego musiałam się wynieść, dlatego jestem w Szwecji, dlatego nie mam własnego pokoju i dlatego jestem taka beznadziejna.
Dokładnie w momencie, gdy to myślę, schody odpychają mnie tak, że lecę w dół, do tyłu, młócąc panicznie rękami w powietrzu. Zahaczam stopami o dwa schodki, próbując odzyskać równowagę, ale przez to tylko odwracam się plecami do podłoża. Ostatkami sił łapię jedną ręką poręczy, żeby spowolnić upadek, a gdy już w zupełności tracę równowagę, przygotowuję się na złamanie kręgosłupa. Jestem tym zażenowana. Nie chcę, żeby jakieś dziwne schody odebrały mi życie. Chcę je sobie odebrać sama.
Wreszcie czuję uderzenie w plecy, ale to nie ściana ani podłoga, bo lekko się odsuwa, a potem oplatają mnie ręce, które próbują ustawić mnie do pionu. To Tim. Patrzy na mnie z przerażeniem, muszę wyglądać, jakbym miała zawał. Od zawsze myślę, że jeżeli nie zdążę się zabić, to umrę na zawał.
W tym samym czasie tracę oddech i czuję jak drętwieją mi ręce i pół twarzy. Tim mnie nie puszcza, tylko kuca przy ziemi, nadal mnie trzymając, przez co jakby siadam oparta o niego. Pochylam się do przodu i wtedy chłopak rozluźnia uścisk, ale dalej mnie podtrzymuje, jakby się bał, że inaczej wybuchnę i rozpadnę się na kawałki, które gwałtownie wylecą w powietrze i go poranią. Osuwam się w bok i kładę się na ziemi. Nie potrafię się uspokoić, serce bije mi tak szybko, że nawet zapominam policzyć, ile uderzeń na minutę. Gdy oddycham, z każdym nabranym wdechem w klatce piersiowej czuję rozrywający ból. Nie powinnam była się tak stresować. Nie mogę.
- Hej, żyjesz? – widzę, jak mój nowy znajomy siada przede mną i patrzy na mnie wzrokiem jakby zamglonym, ale nie z zamyślenia; da się rozpoznać, że oczami wyobraźni widzi co innego i wygląda to tak, jakby panicznie bał się tego, co rozgrywa się w jego umyśle.
Chcę go jakoś uspokoić, ale z moich ust wydobywa się jedynie stłamszony jęk, więc postanawiam się zamknąć. Już czuję się winna, bo ledwo go znam, a już go martwię. Nie jestem na niego zła, że mi nie pomaga, bo widzę, jak reaguje, a reaguje tak, jakby już kto inny wzbogacił go o podobne doświadczenie, które nie skończyło się dobrze.
Ale ja przeżyję.
Zaczynam się trząść. Czuję, jak pulsujący ból eksploduje mi pod czaszką a potem jednostajnie się utrzymuje. Odrętwiała ręka co chwilę na zmianę mrowi lub drży. Za dużo naraz, za dużo. 
- Lena, do cholery jasnej, ty będziesz żyć, czy umierasz, czy co się dzieje? – pyta Tim tak słabym głosem, że mam ochotę wykrzyczeć, że nic mi nie będzie, ale niestety mam zdrętwiałą twarz.
Zamykam oczy i chwilowo nie obchodzi mnie to, jak bardzo go tym przestraszę. Muszę się uspokoić. Zaczynam brać powolne wdechy i po chwili czuję, jak kręci mi się w głowie, ale nie otwieram oczu, bo czuję charakterystyczne ciepło-zimno w rękach, które oznacza, że zaczyna mi do nich napływać krew.
I nie wiem, ile jeszcze tak leżę, może parę sekund, może pół godziny, ale czuję, że przynamniej wszędzie dopłynęła mi krew, a to najważniejsze. Trzęsę się już tylko ledwo zauważalnie, głowa boli mniej, mostek bardziej, ale żyję. I teraz będzie lepiej. Otwieram oczy.
- Już dobrze – mówię cicho po chwili.
Tim jakby podskakuje w miejscu. Później bierze głęboki oddech, przejeżdża dłońmi po twarzy, a potem obejmuje przyciągnięte do klatki piersiowej kolana rękami.
- Myślałem, że umrzesz – mówi – Bałem się jak cholera.
Dopiero wtedy widzę, jak na jego twarz zaczynają wracać kolory i zdaję sobie sprawę, jak bardzo musiałam go zdenerwować. Czuję się jeszcze bardziej winna, mam ochotę samą siebie brutalnie pobić.
- Przepraszam – udaje mi się wykrztusić.
- To nie twoja wina – mówi chłopak – No chyba, że to wszystko udawałaś, aby mnie wystraszyć. W takim wypadku spadaj na drzewo. Prawie dostałem zawału.
- Ja też – przyznaję – Ale jestem do tego przyzwyczajona.
- Ja chyba niedługo również będę – jego mina sugeruje, abym nie drążyła tematu.
Nie drążę. Choć chciałabym jak cholera. Nie mam pojęcia dlaczego, ale mam gdzieś jakieś głębokie przekonanie, że Tim powinien mi ufać, mimo, że ledwo się znamy. Nie mam pojęcia, dlaczego mam wobec niego takie wymagania.
- Wiesz, co jest najgorsze? – odzywa się – Nie mogłem nawet w razie czego pobiec po jakąś pomoc. Tutaj nie ma pomocy. Mogłem jedynie być przy tobie, co, jak widzisz, na nic się nie zdało.
Chcę mu powiedzieć, że na coś się zdało, ale przecież ma rację.
- Co teraz zrobimy? – pytam cicho.
- Wrócimy do mojego pokoju i się położymy. Nie ma sensu, abyś teraz się tu męczyła.
Odpowiadam mu otępiałym wzrokiem. On naprawdę myśli, że ja dam radę przebiec te kilka metrów prowadzące do korytarzy, do tego jeszcze będąc pod ostrzałem? Chyba nawet nie dam rady wstać.
Tim podnosi się, po czym pochyla się nade mną i łapie mnie za ręce. Ciągnie mnie do góry, a gdy chwieję się na ugiętych kolanach, obejmuje mnie i tym sposobem oparta głową o jego tors przenoszę się do pozycji pionowej. Gdy mnie puszcza, nie upadam.
Ojej.
Dałam radę.




Nie wiem. Wstawiam to chyba już nawet nie po to, aby mieć złudną nadzieję, że ktoś się zainteresuje, bo wiem, że i tak nikt tego nie zrobi.
Nowi bohaterowie w zakładce.