piątek, 14 grudnia 2018

Rozdział 1


I’m so sick of all these people
But I’m scared to be alone
~ Rise Against, Voices Off Camera

Głuchy łomot przyspieszonego tętna odbijał się echem w jego głowie, gdy biegł po schodach na trzecie piętro. Dopadł do drzwi i drżącymi rękami przekręcił klucz w zamku; gdy tylko wszedł do środka, zalała go wszechobecna cisza.
Spojrzał w lewo, do większego pokoju. Nie było nikogo, telewizor był wyłączony. Klucze Jacka leżały na szafce, jego pokój był również pusty. Tim spojrzał w panice na drzwi od łazienki i poczuł się, jakby widok zapalonego światła uderzył go w twarz.
Na trzęsących się nogach podszedł do pomieszczenia. Podejrzewał już, co go tam czekało, ale łudził się, że jeszcze będzie mógł coś zdziałać.
Nacisnął na klamkę i w tym momencie przerażenie wbiło go w podłogę. Wszystko oprócz Jacka wydawało mu się rozmazane, widział tylko jego bladą twarz, otwarte, martwe oczy, krew wypływającą z uszu i sine dłonie.
Dopiero po chwili obraz zaczął mu się wyostrzać i wtedy nagle uświadomił sobie, że od dłuższej chwili wstrzymywał oddech. Zakręciło mu się w głowie, poczuł jak kolana mu miękną, zaczął brać krótkie, paniczne wdechy. Osunął się w bok, usiadł na ramce brodzika od prysznica i schował twarz w drżących dłoniach.
Bał się ponownie spojrzeć na przyjaciela. Czuł się przez to jeszcze bardziej winny, ale wolał patrzeć wszędzie, byle nie na niego. Jeszcze żaden widok nie przeraził go tak bardzo w całym jego życiu. Wszystko było gorsze, niż kiedykolwiek. Dreszcze, które go przechodziły, zdawały się kłuć.
W ostatniej chwili zdał sobie sprawę, że nadal nie miał odwagi podnieść wzroku i spojrzał na umywalkę. Po lewej stronie leżało puste opakowanie po lekach, po prawej pogięta kartka. Wziął ją do ręki i rozłożył. Koślawe, nierówne pismo Jacka.
    Tim
    Wiem, że mówiłeś, abym się im nie przeciwstawiał
    Przepraszam
    Zagubiłem się i
    UCIEKAJ.
UCIEKAJ.
Tak. To było dokładnie jedyne, co w tym momencie chciał zrobić.
Zacisnął pięść na kartce i wstał. Pod jego czaszką eksplodował ból, który na chwilę pozbawił go wzroku. Na oślep wyszedł z łazienki, biała plama przed jego oczami rozwiała się dopiero, gdy sięgał już po torbę i pakował najpotrzebniejsze rzeczy.
Nie zapinając jej, rzucił się do wyjścia i zbiegł po schodach, prawie potykając się o własne nogi. Gdy napotkał drzwi od klatki schodowej, pchnął je z całej siły do przodu, nie zważając na huk, jaki wywołały zderzając się ze ścianą budynku.
Wiatr przeszył jego ubrania, wyziębiając go do kości. W płucach czuł palący ból, próbował tylko nie zemdleć. Miał wrażenie, że wszystko wokół trzęsło się tak jak on. Nogi uginały się pod nim coraz bardziej z każdym zetknięciem stopy z podłożem. Nie przestawał biec.
Jego myśli pędziły szybciej. Miał w głowie jedno wielkie przerażenie, nie docierało do niego nic z zewnątrz. Wszystkie wątki w jego umyśle biegły, zderzały się ze sobą i sprowadzały do jednego faktu; Jack nie żyje. Nie widział niczego konkretnego, jego wzrok nie skupiał się na niczym. Czuł jedynie rozrywający ból w płucach i coraz większe zawroty głowy.
Chciał się od tego uwolnić. Wszystko wymknęło się spod kontroli, panika przejęła go całego, jakby te wszystkie wydarzenia mogły go pochłonąć, jeśli by się nie zatrzymał. Emocje goniły jego kontakt z rzeczywistością, czyhając tylko, aby go dopaść.
Adrenalina przestała mu wystarczać. Ból w klatce piersiowej nie pozwalał mu oddychać, tętno pulsujące mu pod czaszką zdawało się hałasem nie do wytrzymania. Chciał pozostać bez czucia chociaż na chwilę, wszystko, byle przerażenie nie zniszczyło go doszczętnie.
Uderzył bokiem o ścianę, po której chwilę później osunął się na ziemię. Przyciągnął kolana do klatki piersiowej, ułożył na nich ręce, ukrył twarz w zgięciu ręki. Nagle powietrze, którym oddychał, stało się powietrzem, którym się krztusił. Kulił się na stacji metra, psychicznie czując się, jakby nadal biegł.
Oparł tył głowy o ścianę i poczuł przejmujące zimno. Chłód owiewał go ze wszystkich stron, a lodowate spojrzenia przechodniów zawisały na nim jak etykietki. Widział, jak na niego patrzyli, ale nie potrafił dopuścić do siebie tego, że mogli go wziąć za ćpuna lub kogoś podobnego. Zawsze wierzył w ludzi.
Powinien był dawno przestać.
Był wycieńczony, wiedział, że nie da rady wstać. Jego mięśnie straciły siłę, gdy pięści się rozluźniły, przypomniał sobie, że cały czas ściskał w dłoni kartkę; prawdopodobnie jedyną rzecz, która została mu po przyjacielu.
Ciężko przełknął ślinę, próbując się nie rozpłakać. Wbił wzrok w podłogę, a obraz zaczął mu się coraz bardziej rozmazywać, przesłoniony łzami, z którymi walczył, aby nie wypłynęły mu z oczu.
Jeszcze nigdy wcześniej nie czuł się tak bardzo sam. Wiedział, że tym razem już nikt mu nie pomoże. Nie miał żadnych przyjaciół poza Jackiem, nie mógł mieszać w to rodziny. Nie wiedział nawet, jak mógłby to wytłumaczyć.
Wziął telefon do ręki i przycisnął długo klawisz blokowania, aby go wyłączyć. Przez chwilę wpatrywał się w czarny ekran, a jego własne odbicie przerażało go jak nigdy. Wyglądał jak wrak człowieka.
- Czy mogę ci jakoś pomóc? – cichy, damski głos wyrwał go z otępienia i oto uświadomił sobie, że siedział tam zdecydowanie za długo, a po jego policzkach płynęły łzy.
Podniósł wzrok na nieznajomą i w tym momencie Lena zobaczyła najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziała.
Chłopak szybkim, niezdarnym gestem starł łzy z policzków rękawem. Wzdrygnął się i ledwo powstrzymał się przed dalszym płaczem.
- Chyba się nie da – wymamrotał, w myślach przepraszając dziewczynę za to, że zdecydowała się tracić na niego czas.
Lena nawet nie dostrzegła, jak marnie wyglądał, bo cały czas patrzyła na jego oczy; prawe brązowe, lewe niebieskie z małą brązową plamką tuż nad źrenicą. Miała ochotę natychmiast stworzyć na jego podstawie bohatera do swojego opowiadania fantasy.
- Gdzie jedziesz? – zapytała cicho.
Tim wyprostował się lekko i zamrugał kilka razy.
- Nie wiem.
Dziewczyna wbiła wzrok w podłoże, nie wiedząc, co mówić. Tim podejrzewał, że ona za chwilę sobie pójdzie, czyniąc całą tą sytuację jeszcze bardziej dziwną, niż mogłaby się z początku zdawać. Ale mało go w tym momencie obchodziło, jak to wyglądało z zewnątrz. Chciał, aby została przy nim.
- A ty? – spytał.
- Na dworzec, a potem do Orlando – odpowiedziała, wymuszenie zdecydowanym tonem.
Chłopak przygryzł dolną wargę. To była cała doba drogi. Daleko, i nikogo tam nie znał.
- Mogę jechać z tobą?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale jednocześnie miał wrażenie, że go rozumiała. Dla nich obojga prawie wszystkie zwyczajne wartości momentalnie przestały istnieć.
- Tak – odpowiedziała od razu, zadziwiając samą siebie. – A w ogóle, to jestem Lena – wyciągnęła do niego dłoń.
- Tim – przedstawił się.
- Masz fajną koszulkę.
Spojrzał na siebie, przypominając sobie, w co był ubrany – sprany, czarny t-shirt z okładką jego ulubionego albumu Killswitch Engage. Od paru lat próbował przekonać Jacka do tego zespołu.
- Dzięki – bąknął niepewnie.
- Jedzie nasza linia – oznajmiła, po czym pomogła mu wstać. – O, masz odpiętą torbę.
***
Konduktor zamknął drzwi do wagonu i machinalnie szturchnął dziewczynę, która zasłuchana w muzykę płynącą ze słuchawek nie zauważyła jego przyjścia. Lena wyjęła swój bilet i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo go pogięła.
Gdy mężczyzna podszedł do nich, Tim drżącą dłonią podał mu niewiele lepiej wyglądający kawałek papieru. Nagle Lena uświadomiła sobie, że chłopak przez cały czas się trząsł. Coś w podświadomości mówiło jej, że powinna się go bać, ale ona jedynie mu współczuła. Chciała się dowiedzieć, co się właśnie stało w jego życiu, ale uznała, że lepiej nie pytać o to wprost.
- Ile masz lat? – to też nie było najciekawsze pytanie, ale jej mózg działał w trybie awaryjnym i postanowił dowiedzieć się od razu, jak tylko chłopak podał do kontroli swój bilet bez ulgi.
- Dwadzieścia – odpowiedział cicho chłopak. – A ty?
- Dziewiętnaście.
Ucieszyła się, bo nie tylko ona nie wyglądała wystarczająco dojrzale jak na swój wiek. Tima można było opisać jako typowego „chłopka roztropka” – odmładzały go głównie jego potargane, rudawe loczki, które często zakrywały mu pół twarzy. Był drobny, niewysoki i najwyraźniej nie dbał o wygląd, o czym świadczyły choćby sznurki od kaptura jego bluzy, które zakręciły się do tyłu i obecnie spoczywały na plecach chłopaka.
Był blady jak ściana, jego drobne piegi były wyjątkowo widoczne, ale przez jego oczy Lena miała ochotę gapić się na niego przez całą noc, kiedy nie będzie mogła spać.
- Do kogo jedziesz do Orlando? – spytał, kuląc się bardziej na siedzeniu.
- Do przyjaciółki – Lena przygryzła wargę pomiędzy jednym zdaniem a drugim. – Mieszka w akademiku, a ja zwalę jej się na głowę. Nielegalnie.
Mówiła to tonem, jakby była tak bardzo zażenowana własną osobą, że właściwie było jej już wszystko jedno, na jaką wyjdzie. I tak było.
- A ty co będziesz tam robił?
Chłopak wziął głęboki, świszczący oddech i wbił wzrok w okno.
- Jeszcze nie wiem.
Spojrzała na niego tak, jakby dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewała. Chciała zaproponować mu, żeby poszedł razem z nią sypiać na podłodze w pokoju jej przyjaciółki, ale w porę przypomniała sobie, że pokój jej przyjaciółki należał do jej przyjaciółki.
- Nie mam teraz głowy do tego, aby myśleć, co zrobię – przyznał Tim, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w głąb pociągu. – Po prostu nie mogłem już zostać w Chicago.
To Lena naprawdę rozumiała. Nie mogła zostać w Chicago, bo załamałyby swoją matkę po raz kolejny. Musiałaby sobie porozpaczać. Toby był dla niej członkiem rodziny, ale dla reszty domowników był śmierdzącym potencjalnym pasztetem. Nikt nie rozumiałby jej smutku, powstawałyby wredne żarty na temat królika, wszyscy dziwiliby się, dlaczego Lena nie ma dobrego humoru i stwierdzaliby, że pewnie chce być niemiła.
Tak było rok temu, gdy Lena przechodziła jeden z najgorszych okresów swojego życia – wokalista Linkin Park, jej pierwszego ulubionego zespołu popełnił samobójstwo, a mama, babcia i dziadek uznali, że dziewczyna udawała płacz, aby wymigać się od obowiązków w domu. Pamiętała dokładnie, jak Peter wysłał jej informację o śmierci Chestera, a ona nie mogła uwierzyć. Aż w końcu zaczęła płakać. Mama ją przytuliła, a ona wyrwała się prawie od razu – po części z szoku, że jej mama postanowiła tak zrobić, bo uważała jej idoli za niepotrzebną odskocznię od własnego życia, a po części przez to, że w panice chciała znaleźć jakiekolwiek miejsce, w którym mogłaby odciąć się od tego wydarzenia. Przez następne parę godzin tłukła się po własnym pokoju, nie chcąc dopuścić do siebie prawdy. I nie było tak, że płakała, bo wyobrażała sobie muzyka jako swojego męża w przyszłości. Płakała, bo to był człowiek, bez którego nie słuchałaby tej muzyki, której obecnie słuchała, nie poszłaby na wszystkie koncerty, które były jedynymi momentami bez depresji w jej całym życiu, i nie poznałaby większości ludzi, których obecnie uznawała za przyjaciół. Mimo, że Chester nie miał pojęcia o jej istnieniu, ona czuła, jakby niesamowicie wiele dla niej zrobił. A ona dla niego nic.
Dopiero, gdy zatrzymali się na stacji, zorientowała się, jak daleko odpłynęła w rozmyślaniach. Musiała nawet przybrać jakiś tragiczny wyraz twarzy, bo Tim patrzył na nią z niejakim współczuciem, jeśli można było wyczytać u niego jakiekolwiek inne emocje oprócz panicznego strachu.
Spojrzała na cały czas drżące dłonie chłopaka. Nagle pomyślała, że chciałaby go przytulić, ale bała się reakcji. Mimo tego Tim sprawiał wrażenie, jakby wszystko wiedział. Jakby domyślał się, co chciała mu przekazać, jakby on też chciał coś przekazać, ale wiedział, że obecnie oboje byli na tyle roztrzęsieni, aby jedynie w tępym czuwaniu czekać na stację przesiadkową.



Mam nadzieję, że się jakoś zbiorę i napiszę sobie dość szybko komentarz, bo poprzednio zagięłam samą siebie i zapowiedziałam, że napiszę sobie sama komentarz, a tego nie zrobiłam. Nawet ja olewam mnie (wstaw opcjonalne "XD").
Jakby ktoś to kiedyś zobaczył, wpadłam na genialny pomysł i zaczęłam robić linki do piosenek, które cytuję. Świetnie się z nimi czyta i wszystkie wpasowują się w klimat tego opowiadania. Polecam. Sobie, jak będę to za parę lat (jeśli dożyję) czytać.

sobota, 13 października 2018

Prolog

I believe, that the whole wide world is against me
~In Flames, Like Sand

- Ej, Bury Tomorrow zagrają w listopadzie – Peter zniżył się do poziomu swojej sięgającej połowy jego ramienia przyjaciółki i pokazał jej ogłoszenie trasy koncertowej na ekranie telefonu.
- Idziemy – zadecydowała Lena, poprawiając ciężką torbę na swoim ramieniu.
Gdy przeszli przez ulicę, spojrzała do góry na wyższego pół metra chłopaka i od razu wyczytała z jego twarzy, że powinna była powiedzieć „idę”.
- No wiesz, kiepsko. Bo dwa dni wcześniej idę na Stinga z tatą – przyznał Peter.
Spojrzał na rozkład jazdy metra i odetchnął z ulgą, gdy przeliczył sobie, jak szybko będzie w domu. Nie mógł się doczekać, aż się położy; od dwóch dni nie dupnął żadnego monsterka wypił żadnego energetyka i przez to czuł się, jakby przejechał go walec.
- Spoko, pojadę sama – jeżdżenie samą wcale nie było dla Leny „spoko”, ale nie miała towarzystwa od ostatnich trzech koncertów i zdążyła do tego trochę przywyknąć.
Powoli życie uświadamiało jej, że powinna była bardziej doceniać dawniejszy stan rzeczy, jak chociażby to, że miała z kim pójść na koncert. Właściwie, to zostało jej bardzo mało do doceniania, bo w ostatnim czasie straciła mnóstwo rzeczy, których nie spodziewała się tracić.
W tym momencie oboje powoli wracali do szarej rzeczywistości, której Lena poniekąd zazdrościła Peterowi, bo będąc na jego miejscu czułaby się mniej beznadziejna. Po roku dostawania dobrych ocen, uczenia się pół dnia i chodzenia na wszelkie dodatkowe zajęcia, jednym błędem zniszczyła swój egzamin, co zablokowało jej wejście na wszelkie studia. Wiedząc, że następnego dnia wróci do pracy, wolała zamienić się ze studiującym przyjacielem; bo na niego rodzina nie obraziła się w momencie zobaczenia wyników egzaminów, bo on mógł jeszcze czuć się czegoś wart. A ona czuła się jak za dużo wymagająca od życia idiotka.
- Ej, ale nie wierzę, że Baker był ósmy – emocjonował się Peter, widząc wyniki zawodów, w których znienawidzony wuefista Leny był lepszy od niego.
- Mentalnie podkładałam mu nogę przez cały bieg – przyznała dziewczyna, chwilę przed tym, jak wsiedli do pojazdu metra. – Ej, ale z ciebie jestem dumna.
- No pewnie – chłopak wyprostował się na siedzeniu. – Pół minuty szybciej niż ostatnio.
Lena uśmiechnęła się lekko. Z zawodów jej przyjaciela rozumiała tyle, że się odbywały (jak udało jej się czasem znaleźć metę, to uznawała to za sukces), ale starała się chociaż być i robić zdjęcia. Tym bardziej, jeśli wzięcie udziału w zawodach wymagało dłuższej od nich podróży.
Wyciągnęła telefon i napisała do Marthy, że będzie za pół godziny, odebrać dwójkę swoich rozpieszczonych królików. Już wyobrażała sobie, w jak zawrotnym tempie Mitchie pobiegnie do niej, podskakując na swoich śmiesznych stopach, podczas gdy Toby poczeka leżąc.
- Wiesz, chyba wysiądę przystanek wcześniej – oznajmił Peter. – Tam jest automat, to kupię sobie monsterka.
Lena przewróciła oczami. Jej przyjaciel był uzależniony od ulubionego energetyka jak ona od mrożonej herbaty.
- Przyjdź do mnie pojutrze, muszę ci zagrać Run To The Hills, bo wreszcie się nauczyłam – wtrąciła, gdy chłopak już podnosił się z siedzenia. – A, i czekaj – klepnęła go w ramię, aby się schylił, po czym wygładziła mu grzywkę. – Okej – zameldowała.
Przytulili się na pożegnanie.
- Do pojutrze – powiedział Peter.
- I tak zaraz będziemy ze sobą pisać.
Zdążyli jeszcze się zaśmiać, zanim chłopak wysiadł z metra, a Lena została w pojeździe sama ze swoimi czarnymi myślami.
Króliki były obecnie jej jedynym dużym powodem do szczęścia – w ostatnich kilku miesiącach zawaliła szkołę i dała swojej rodzinie mnóstwo powodów do uznania jej za kompletnie bezużyteczną. A potem, pewnego dnia w wakacje przeszła się ze swoją najlepszą przyjaciółką do galerii handlowej i w sklepie zoologicznym zobaczyła najpiękniejsze zwierzątko świata. Kupiła rudego, puchatego królika od razu, sprowadziła go bez zapowiedzi do domu, a gdy tylko jej mama go zobaczyła, usiadła na kanapie, złapała się za głowę i stwierdziła „gorzej być nie może”.
Od tego czasu Lena codziennie zachwycała się Tobym, który zachowywał się jakby miał wszystko głęboko w swoim ruszającym się nosie; nie bał się głośnych dźwięków gitary swojej właścicielki, spokojnie i z gracją odsuwał się od kabli gdy jej mama groziła, że jeśli raz kłapnie zębami w ich pobliżu to przerobi go na pasztet, rozkładał się pod krzesłem i gdy spadła na niego przewieszona przez oparcie bluza, nic sobie z tego nie robił. Pochłonął więcej pieniędzy, niż Lena sobie obliczyła, więc postanowiła zacząć pracować w sklepie zoologicznym, aby zarobić na jego utrzymanie.
I pewnego dnia ponownie się zakochała, i ponownie wróciła do domu z nowym zwierzątkiem. Mitchie była czarna, miała jedną białą łapkę i bała się wszystkiego jak normalny królik. A do tego biegała za Leną jak pies, kładła się obok niej na łóżku i non stop nadstawiała się do głaskania. W przeciwieństwie do wszystkiego, wychowywanie królików szło dziewczynie naprawdę dobrze. Nawet mama się do nich przekonała i często z nimi zostawała, ale tym razem i ona wyjechała, więc króliki zostały pod opieką koleżanki.
Zapukała do drzwi Marthy i poczekała podejrzanie długo. Dziewczyna otworzyła i jej suche „cześć” sprawiło, że Lena zapomniała odpowiedzieć i wpadła do domu z niepokojem.
Mitchie na widok właścicielki zeskoczyła z podestu w klatce i oparła się o pręty. Podgryzła drzwiczki do klatki, zdezorientowana tym, że Lena nie podeszła do niej od razu i nie zaczęła jej głaskać.
- Gdzie jest Toby?
- Byłam z tatą w garażu i one tam sobie latały, mówiłaś, że są mądre, to nie podejrzewałam, że ucieknie…
Nie pamiętała, czy mówiła coś więcej. Następne parę godzin zostało w jej mózgu jako urywki uciążliwej drogi do domu z dwiema klatkami, bezsensownego szukania królika po okolicy, przytulania zdezorientowanej Mitchie i… podejmowania jednej z najważniejszych decyzji jej życia.





"Króciutką notkę walnę, aby ludzie wiedzieli, co się tu dzieje" - zameldowałam siedzącej obok przyjaciółce, a potem ogarnęłam, że sama nie wiem, co tu się dzieje. W dzień śmierci Chestera byłam w momencie opisywania samobójstwa w danym momencie MU i przez to uznałam to opowiadanie za poniekąd "przeklęte" i przestałam je pisać. Tylko ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie umiem tego tak zostawić, więc oto nowa wersja. Być może będzie hejtowana, bo poprzednia była wystarczająco, ale po prostu nie potrafię zostawić tej historii bez zakończenia, no i kocham Tima w tym opowiadaniu, nigdy nie stworzyłam lepszego niż on bohatera na podstawie kogoś.
Nie mogę od nikogo oczekiwać, aby to czytał, ale... pls. Pomyślcie o mnie czasem. Próbuję wrócić z tymi debilnymi opowiadaniami od dłuższego czasu i bez choćby małego wsparcia nie dam rady.
+ Pozdrawiam Petera z rozdziału.
PS. Nawet króliki z tego opowiadania istnieją naprawdę.
PS2. Nie uważam, że to opowiadanie naprawdę nie zasługuje na choć jeden komentarz, więc będę je sobie pisać sama. I tak nikt tego nie zobaczy, więc nie będzie siary przed nikim. Dzięki za uwagę, Ula.

piątek, 21 lipca 2017

Docenić na czas

  Gdyby nie Linkin Park, Rise Against, While She Sleeps, Of Mice & Men i Architects, prawdopodobnie byłabym bardzo inną osobą. Każdy z tych zespołów mógł mi przekazać co innego, ale jest jedna wspólna rzecz, która tyczy się wszystkich pięciu. Najważniejsze w życiu, to doceniać.
  Pamiętam jak dziś, kiedy w drugiej klasie gimnazjum nauczycielka polskiego zadała nam za zadanie zrobić gazetę w grupach. Wymyśliłam Aluminium, gazetę typu Kerrang lub Metal Hammer, bo zawsze chciałam być dziennikarką w takim czasopiśmie. Pierwszy artykuł, który napisałam, był o chorobie Lawrence'a Taylora, wokalisty While She Sleeps. Loz był w takim stanie, że niewiadome było, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mógł śpiewać; nie pamietam dokładnie, ale miał gdzieś guza, gdzieś tak, że operacja szkodziła mu na struny głosowe. Basista zespołu w wywiadzie dla Teraz Rock powiedział, że nie mają planu B, w razie gdyby Lawrence nie mógł dalej z nimi występować. Bałam się strasznie do ostatniego momentu. Do momentu, w którym okazało się, że Loz da radę.
  Ale to mnie jednak niczego nie nauczyło. Naprawdę poczułam, z czym mam do czynienia, gdy w wieku 28 lat zmarł Tom Searle, gitarzysta Architects. Nagle, niespodziewanie, nie mówiąc wcześniej nikomu o swojej chorobie. Nie wiedziałam, co zrobić, więc po prostu się odcięłam. Przestałam słuchać Architects na dłuższy czas, bo każde odtworzenie ich piosenki przywodziło mi na myśl smierć Toma. Kolejny błąd.
  Pewnego dnia Of Mice & Men ogłosili europejską trasę koncertową, oczywiście bez daty w Polsce. Jednak okazało się, że koncert w Niemczech jest akurat w moje imieniny i moja mama zgodziła się mnie zawieźć. Z każdym innym zespołem mogłam poczekać, aż przyjedzie do Polski, ale z Of Mice & Men nie, bo wiedziałam, że wokalista Austin Carlile jest bardzo chory i możliwe, że niedługo lekarze zakażą mu dalej występować.
Koncert w Berlinie się nie odbył. Na koncert przed, Austina z występu zabierała karetka. Był to ostatni jego koncert, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Siedziałam sobie jak zawsze, zaniepokojona, ale z nadzieją, że wróci. Zawsze wracał, po każdej trudnej operacji. Jednak wiedziałam, z czym mam do czynienia i bałam się, że pewnego dnia wejdę na facebooka i zobaczę to, czego najbardziej nie chcę.
31 grudnia 2016 pomyślałam sobie, że ten rok zabrał tak wielu świetnych muzyków, ale przynajmniej Austina nie, i postanowiłam, że wśród całej tej żałoby, będę się trzymać tego, że on przeżył, bo na pewno było mu trudno. I wtedy weszłam na facebooka, zobaczyłam stos wiadomości o Austinie, i mnie zmroziło. Nie potrafiłam nic przeczytać, widziałam tylko, scrollując dalej, w każdym nagłówku "Austin Carlile", "Austin Carlile", "Austin Carlile". I już wiedziałam, co to znaczy. Rozkleiłam się przed debilnym laptopem i ryczałam tak dobre piętnaście minut, aż w końcu przetarłam oczy, przeczytałam nagłówek i dowiedziałam się, że Austin żyje, tylko odszedł z zespołu z powodu choroby. I autentycznie się ucieszyłam.
Gdy spojrzałam w komentarze, w to, jak wszyscy rozpaczali, poczułam się jakbym przeczytała absurd stulecia. Nie dbałam w tym momencie o koncerty, cieszyłam się tylko, że Austin żyje. Cieszyłam się, że i tak zdołał tak długo występować i że stworzył jeden z najlepszych według mnie zespołów na świecie.
  Niecały miesiąc później Linkin Park wydali nową piosenkę i bez bicia przyznaję, że mi się ona nie spodobała. Mam prawo nie polubić jakiejś piosenki, a nie jechałam po nich jak niektórzy, pomyślałam sobie, że po prostu poczekam, aż stworzą coś, co będę uwielbiać, bo przecież tyle razy im się udało.
Miałam już wtedy bilet na koncert, miałam nadzieję, że kilka piosenek z nowej płyty mi się spodoba. W tym czasie Chester zaczął mówić rzeczy, które mnie trochę do niego zraziły; "jak wam się nie podoba to spierdalać", "moje odczucia są takie, że mam ochotę was zabić". Ludzie wokół zaczęli mi sugerować, że powinnam sprzedać bilet, bo to strasznie dużo kasy, a nie mogę tak po prostu zmarnować tyle pieniędzy na koncert kogoś, kto chce mnie zabić. Pamietam jeszcze, jak mówiłam mojej mamie "może i stworzyli coś, co mi się strasznie nie podoba, ale cieszę się, że żyją". Postanowiłam pójść na ten koncert, wiedziałam, że jeżeli nie pójdę, to będę strasznie żałować. I to była najlepsza decyzja mojego życia.
  Krótko przed koncertem Linkin Park, swoją nową płytę wydali Rise Against. Jak zapewne 90% znających mnie osób wie, Tim McIlrath, wokalista Rise Against, jest moim ulubionym muzykiem, o którym naczytałam się tylu hejtów podczas wydawania nowej płyty, że ledwo mi się mieściły w głowie. Nie screamuje, brzmi jak zarzynana koza, i tym podobne. Problem tylko w tym, że wcale tak nie brzmiał, a jakość zależała od nagrania. Czytając to wszystko pomyślałam sobie, że ci ludzie nie wiedzą o czym mówią, bo jak można hejtować chrypę, gdy on żyje, żyje i na tym powinniśmy się skupić. Nigdy w życiu nie patrzyłam na to z takiej strony, ale to pomaga. Jak sobie przypomnę, że Tim żyje, dzień staje się mniej beznadziejny.
  Niecałe dwa tygodnie po koncercie Linkin Park byłam na While She Sleeps. Spotkałam trzech członków zespołu; Sean przywrócił mi wiarę w ludzi, Mat prawie wylał piwo na mój zeszyt w którym piszę tego bloga, a Lawrence, który ma ponad 190cm wzrostu, podniósł rękę tak wysoko, abym musiała skakać, żeby przybić mu piątkę. Był typowo złośliwy, śmiał się ze mnie, gdy gorączkowo przekładałam wszystko do jednej ręki, aby mieć drugą wolną. I gdy tak stałam, ośmieszałam się, a on się chichrał, pomyślałam sobie, że cieszę się w cholerę, że żyje. Mam to gdzieś, że był wredny, on taki po prostu jest, i kocham go mimo to, i kocham to, że żyje. I doceniłam to na czas.
Wiele bym oddała za taką sytuację z Chesterem.
Zanim koncert wystartował, Sean sprawdzał, czy wszystko działa. Podpiął swoją gitarę i zaczął grać. Downfall, Architects. Nigdy wcześniej nie czułam się w moim życiu tak magicznie. Mój ulubiony, żywy gitarzysta grał piosenkę mojego drugiego ulubionego, już nieżywego gitarzysty. Tak po prostu, sprawdzając czy jego gitara działa. <w tym momencie wstaw obraz płaczącego karła wśród tłumu na koncercie. Karzeł ociera łzy, odwraca się do koleżanki komunikując że to byli Architects, po czym wraca do normalnego życia>
Wczoraj While She Sleeps na swoim koncercie grali Linkin Park. Cały tłum śpiewał. To jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie widziałam, ale mam tylko nadzieję, że gdy ponownie zobaczę ich w Warszawie, już nikogo nowego nie będą wtedy upamiętniać.
  Nie potrafię napisać nic typowo o Chesterze, to wszytko wydaje się tak nierealne, że momentami widząc wszystkie "RIP Chester Bennington" mój mózg mówi "wy debile, on żyje". Nie umiem sobie wyobrazić codzienności bez Chestera, budzenia się co ranek w moim pokoju i patrzenia na plakaty z człowiekiem, który nie żyje. To wszystko jest jak naprawdę bardzo kiepski żart.
Leave Out All The Rest. Kiedy Twój czas przyszedł, zapomniałam wszystko złe, co zrobiłeś, pomagam Ci zostawić za sobą powody do tęsknienia za Tobą. Nie oburzam się. Czuję pustkę, ale zachowuję Cię w swojej pamięci i pomijam całą resztę.
  Wśród tych pięciu zespołów jest jeden, który nie ma na koncie strasznej historii, i jest to Rise Against. Zespół, który ciągle gra tak samo, nie zmienia się z żadną płytą i tworzy monotonne piosenki, które mieszają się człowiekowi w głowie. Zespół, którego słucham w 90% po to, aby słyszeć głos wokalisty i teksty. Zespół, który będę teraz doceniać najbardziej, bo wszystko u nich w porządku i mam nadzieję, że przez długi czas się to nie zmieni. Nie jestem wielką fanką ich muzyki, jestem tylko największą fanką ich wokalisty. Ale mimo tego, że nie grają dokładnie tak, jak bym chciała, będę ich codziennie wystarczająco doceniać. Bo żyją, a to jest najważniejsze.
  Podejrzewam, że Linkin Park się rozpadną. Nie wiem, czy chciałabym ich słuchać bez Chestera i jeśli uznają że nie powinni kontynuować, to ich jak najbardziej zrozumiem. I w całej pamięci o Chesterze, będę dalej doceniać całą ich dyskografię i wszystko co zrobili. Mam czyste sumienie; uwierzyłam w Chestera gdy był na to czas, wybaczyłam mu wszystko, czym mnie zdenerwował i nie dobijałam go hejtami. To, co teraz każdy z nas może dla niego zrobić, to docenić Linkin Park.




Nie wiem, co teraz z My Understandings. Chester od początku miał być bohaterem tego bloga, ale pojawić się dość późno. Teraz mogę zaspojlerować, bo nie wiem, czy w ogóle będę kontynuować; Tim miał opowiedzieć Mike'owi o samobójstwie swojego przyjaciela, a to miał skłonić Mike'a do pojechania do Chestera, którego w ostatniej chwili powstrzymałby przed samobójstwem. Chciałabym to napisać, ale cały czas mam świadomość, że nie zdążyłam.


niedziela, 9 lipca 2017

Rozdział 6



Hampus
Dlaczego nic nas nie ostrzegło?
Dlaczego nic nie podejrzewaliśmy?
Dlaczego to musiało się stać tak nagle?
Skąd miałem podejrzewać, że w piątek, najlepszy dzień w tygodniu, znajdę się w szpitalu i będę patrzył tępo przez szybę na mojego nieprzytomnego brata? Jak, do cholery jasnej, miałem się na to przygotować?
Mama płacze najbardziej. Tata stara się podtrzymywać ją na duchu. Ja też próbowałem. Już nie mam siły.
Wgapiam się w jeden punkt, którym jest twarz Niko leżącego na łóżku. Nie spuszczam z niego wzroku, tak, jakby to miało mu pomóc. Powiedzieli nam, że miał krwotok wewnętrzny, ale udało się go zatamować. Nic poza tym nie wiemy i ta niewiedza mnie rozsadza.
Chcę, żeby się obudził. Chcę odwołać wszystkie złe rzeczy jakie mu powiedziałem, gdy mnie denerwował, chcę przysiąc mu, że już zawsze będę go wysłuchiwał i nigdy go nie zignoruję. Chcę być lepszym bratem. I nie wiem, czy jeszcze będę miał okazję. Boję się, że stanie się coś strasznego.
Podchodzi do nas lekarz. Mama zrywa się z krzesła, a tata powoli wstaje, obejmując ją ramieniem. Ja nic nie robię. Dostrzegam ich kątem oka, cały czas patrzę na brata. Próbuję myślami przekazać mu wszystko, co chcę powiedzieć.
- Proszę państwa… – mężczyzna bierze głęboki oddech. – Państwa syn ma białaczkę.
Mam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Czuję, jakby bolał mnie mózg. Nie chcę tego wszystkiego. Nie pozwalam.
Nie słyszę co mówią dalej, nic do mnie nie dociera. Mam ochotę krzyczeć, bić, rozwalić cały ten cholerny szpital i wynieść z niego swoją rodzinę, całą i zdrową. Gdy rodzice z powrotem siadają, ja zrywam się z krzesła. Nie mogę tak dłużej. Patrzę na Niko, dopóki nie znika mi z oczu, idę na korytarz. Wzrok mam zamazany przez łzy, ale udaje mi się odblokować telefon.
Robię jedyne, co wydaje mi się w tym momencie z mojej strony rozsądne. Dzwonię do Ainy.

***
Lena
- Źle się czujesz? – pyta.
- Mam chore serce – mówię krótko.
Przez chwilę nie wie co powiedzieć i patrzy tępo w podłogę, zawijając kosmyk swoich bujnych loczków na palec.
- A... Mogę ci jakoś pomóc? – odzywa się w końcu.
- Chyba nie – odpowiadam – Muszę się po prostu uspokoić.
Obserwuje mnie uważnie. Jeśli chciał mi pomóc, to na pewno tego teraz nie robi. Gdy tak patrzy na mnie, to strasznie denerwujące.
- A zimno ci? – dopytuje.
- Trochę tak.
Sięga po koc z sąsiedniego łóżka i przykrywa mnie nim jakby z troską. To przerażające. Potem siada z powrotem obok mnie. Wtedy patrzę na niego, próbując wyczytać coś z wyrazu jego twarzy. Nic nie widzę, jest za ciemno.
Nagle boli mnie bardziej, przez co zginam się trochę do przodu. Tim obserwuje mnie z niepokojem.
- Boli mnie jak skacze mi tętno – wyjaśniam.
- Gdzie cię boli? – pyta cicho.
- Tak w klatce piersiowej.
- Tak tutaj? – kładzie sobie dłoń na mostku, a ja prawie pękam z wdzięczności, że nie pokazał tego na moim ciele.
Kiwam głową.
- Okropny ból – przyznaje – Wiem coś o tym.
Przez chwilę czekam, aż dopowie coś więcej, ale to kolejny temat, którego kontynuacji nie doczekam się dzisiejszego dnia.
Albo i nigdy.
Ze zdumieniem zauważam, że przez ten krótki czas przyzwyczaiłam się do Tima. A przecież to wiadome, że jak uda mi się stąd wyjść, to raczej już nigdy go nie spotkam. Nawet gdy będę w wakacje w Stanach, to Los Angeles leży za daleko od Chicago.
Boli mnie zbyt mocno, kulę się jak małe dziecko, zaciskam dłonie w pięści, bo ręce mi się trzęsą. Tim chyba trochę się tym martwi.
Gdy po raz drugi o mało nie spadam z łóżka z bólu, chłopak patrzy na mnie z niepokojem i jakby współczuciem. Rozkłada ramiona, sygnalizując mi, abym się przytuliła, a ja, nawet nie kontrolując, co robię, przysuwam się bliżej do niego i opieram głowę na jego ramieniu.
Nagle czuję, jakby to było moje miejsce, jakbym potrzebowała znajdować się w jego ramionach, a wiem, że to uczucie jest niedorzeczne, ponieważ znam go parę godzin i nie wygląda mi na człowieka, któremu ktoś mógłby zaufać. Jednak gdy tak trwam w pozycji półleżącej, oparta plecami o jego klatkę piersiową, czuję się jakoś paradoksalnie bezpieczna.
Zawsze patrzę facetom na dłonie. Mam swój ideał męskiej dłoni, wypracowany wieloletnim patrzeniem na dłonie Mike'a i mojego dziadka; powinny być szczupłe i mieć długie palce. Dłonie Tima takich nie przypominają. Są masywne, a na palcach nie widać wystających kostek. W jednym jednak przypomina mi mojego brata. Wystają mu żyły, co prawda nie na dłoniach, jak Mike'owi, a na rękach. Mimo wszystko ciągle gapię się na dłoń Tima, która spoczywa w zgięciu mojej ręki, a to, że wydaje się silna, zupełnie do niego nie pasuje. Tim to drobny, niski chłopak, który jak na razie zdaje egzamin na człowieka bez zamiarów zrobienia mi krzywdy.
Bierze koc, który mam teraz na nogach, i owija nim nas oboje. Czuję, jak powoli robi mi się ciepło. Nigdy nie lubiłam zbytnio, gdy ktoś mnie przytulał, ale teraz czuję się bezpieczna, jakby koc chronił nas przed wszystkim, czym świat w nas uderza.
Nagle moje serce znów postanawia przypomnieć mi że nie wszystko jest z nim w porządku. Przez chwilę drżę, czuję jak ból w głowie zaczyna pulsować mi w rytm tętna.
Tim łapie mnie za rękę. Przez chwilę się dziwię, ale potem splatam swoje palce z jego, bo nagle pojmuję znaczenie tego gestu. To jedyny człowiek, który w takim momencie nie pomyślał, że jest mi zimno. On wiedział. I bez słów zareagował dokładnie tak, jak bym najbardziej chciała.
Nadal nie wiem, jak się na to zdobywam, ale kładę głowę na jego ramieniu, bo czuję, że tak chcę i w tym momencie niezbyt chcę sobie tego odmówić. Mam wrażenie, że muszę teraz korzystać z tego, jakie mam możliwości, bo niedługo je stracę.
Chcę, abyśmy mogli już tak zostać na zawsze. I chcę, żeby Tim też tego chciał.

***
Aina
- Muszę już do nich wracać – mówi, słyszę, że płacze.
- Hampus – podnoszę głos – Jestem z tobą. Możesz dzwonić kiedy tylko będziesz potrzebował. Nawet gdy będę spać. Okej?
- Tak – prawie widzę go, jak potakuje potulnie. Chcę go przytulić.
- Będzie dobrze – mówię, bo w zasadzie jestem o tym przekonana.
- Dziękuję – słyszę, jak stara się mówić jak najmniej drżącym głosem – Cześć.
- Trzymaj się, pa.
Odkładam telefon i patrzę na niego jak na winowajcę. Nie mogę uwierzyć w to co się stało. Każdy może mieć straszne problemy, nie dawać sobie rady, ale Hampus zawsze sobie radził. Szczerzył się jak debil na szpitalnym łóżku, śmiał się, gdy wpadł do przerębla w styczniu, uśmiechał się do nauczycielki od matmy nawet gdy zagroziła mu poprawką. Nigdy w życiu nie spotkałam bardziej zabawnego, radosnego człowieka niż on. Był moim słoneczkiem. Nie może tak po prostu zgasnąć.
Myślę, że chyba najlepiej będzie, jak sobie popłaczę, to może mi pomóc. Pociągam nosem, bo już mi się zbiera.
Huk uderzających o ścianę drzwi sprawia, że podskakuję w miejscu.
- O tej godzinie będziesz przez telefon gadać?! – na jej widok mam ochotę przybić jej piątkę w twarz krzesłem – Spójrz na zegarek! Obudzisz Kristera!
Zamiast na zegarek, patrzę na nią sarkastycznie.
- Ja go obudzę? – wtrącam mimochodem.
Kobieta wpada w furię.
- Zawsze mnie obrażasz! Lennart! – unoszę brwi gdy słyszę imię taty, bo wiem, że i tak będzie bał się zrobić cokolwiek – Przemów swojemu dziecku kiedyś do rozumu! Zbuntuje przeciw mnie cały świat! Ja nie wiem skąd w niej tyle nienawiści i…
Jej głos się oddala, im niżej schodzi po schodach. Mam nadzieję, że nie wyładuje złości na tacie. Wtedy bym ją chyba zabiła.
Rozsiadam się z powrotem na kanapie, wpatruję się ze złością w ścianę naprzeciw. Mam ochotę coś rozwalić.
Nie zdążam obrać sobie celu, zanim drzwi do pokoju otwierają się, a zza nich wystaje biała czupryna Kristera.
- Mogę wejść? – pyta.
- Możesz – w moim głosie jeszcze pobrzmiewa wściekłość.
Chłopak zamyka drzwi cicho, uważając, aby ona nie usłyszała.
- Chciałem się wtrącić, ale jak sobie pomyślałem, że na mnie też będzie się wydzierać, to stchórzyłem – opuszcza bezsilnie ręce – Przepraszam.
- Nie szkodzi – mówię cicho.
Na dobrą sprawę, nawet nie chciałabym, żeby się w to wtrącał. Gdybym mogła, obroniłabym od tej kobiety cały świat.
- Co się stało? – pyta, siadając naprzeciw mnie na podłodze.
- Brat Hampusa ma białaczkę. Hampus płacze – mówię na jednym tchu.
Krister wbija wzrok w podłogę. Nie oczekuję od niego teraz, aby wiedział, co powiedzieć.
- Chodź tutaj – rozkładam ramiona, a gdy brat się podnosi, przytulam go delikatnie – Wiesz, że cię kocham, mimo twojej wredoty? I że twoje zdrowie znaczy dla mnie więcej niż myślisz?
Czuję, jak Krister kiwa głową.
- Też cię kocham, mimo że mawiam, że nie – mówi – Jesteś jeszcze najważniejszą kobietą w moim życiu. A Nikolaus da radę.
Z dołu dociera do nas huk. Musiała trzasnąć drzwiami.
- Mogę dzisiaj spać u ciebie? – pyta Krister.
Nie odpowiadam, tylko gaszę lampkę do czytania i kładę się. Mój brat mości się obok i przykrywa kocykiem, na którym zawsze śpi Pixel. Pies wchodzi do pokoju od razu gdy zauważa, że światło jest zgaszone i pakuje się między nas do łóżka. Jestem w bardzo bliskiej styczności ze ścianą, Krister wisi połową ciała w powietrzu, a król wszystkich istot świata dumnie ziewa i układa łeb na kawałku koca.
Bardziej idealnie mogłoby być jedynie wtedy, gdyby miejsce tutaj znalazł sobie również Hampus.

***
Lena
Otwieram oczy i niepokoję się, gdy widzę ciemność, ale od razu wszystko sobie przypominam. Zasnęliśmy oboje w półsiedzącej pozycji. Nie chcę się ruszać, aby go nie obudzić.
Nagle przypomina mi się moment, gdy jeszcze mieszkałam w Los Angeles i poszłam do koleżanki na noc filmową. Poznałam tam chłopaka i przegadałam z nim pół X-Mena, mimo, że uwielbiałam ten film, a potem, gdy leciał jakiś nudny i wszyscy zasnęli, położyłam się razem z nim. Rozmawialiśmy. On mnie przytulał, tak… Bardzo. Wtedy mi się to podobało, ale gdy się obudziłam, to zastanawiałam się, co mi, do cholery, odpierdzieliło. Pisałam z nim później, ale czułam się strasznie dziwnie wtedy, gdy się obudziłam i zrozumiałam, co robiliśmy o czwartej nad ranem.
Z Timem jest inaczej. Nie chcę od niego uciekać, tak jak od Bale’a. Tim jest inny. Jest… Właściwy.
- Zasnęliśmy? – pyta zaspanym głosem, prawie doprowadzając mnie do zawału – Przepraszam. Ale zasnęliśmy?
- Tak – opowiadam – Która godzina?
- Musisz wstać, bo masz biodro na moim telefonie.
Po jaką cholerę mi była ta informacja?
- U mnie dziewiąta wieczorem – mówi – Spaliśmy około pięciu godzin. Ale nie wiem, czy to coś tutaj znaczy. Czas tu chyba nie istnieje.
Podnosi się, a ja mam ochotę pluć sobie w brodę. Chciałam tak zostać, do cholery jasnej.
- Jakby co, nie sprawdzaj godziny na swoim zegarku – mówi – Tutaj nikt się do tego nie stosuje. Po prostu śpimy, gdy zaśniemy.
Wbrew temu, co powiedział, wyciągam telefon z kieszeni. W Szwecji jest czwarta nad ranem.
Gdy blokuję urządzenie, zauważam kartkę leżącą na podłodze. Podnoszę ją, ale nie czytam tego, co jest na niej napisane.
- Wypadło ci coś – zwracam uwagę chłopaka i wyciągam w jego stronę dłoń ze zszarganym kawałkiem papieru.
Tim odwraca się i chwilę potem łapie za kieszeń. Jest spięty. Wygląda, jakbym znalazła coś, co za wszelką cenę chciał ukryć. Przełyka ciężko ślinę, co widać na jego wyraźnie odznaczającym się jabłku Adama.
- A... Mogę ci opowiedzieć co to? – pyta, zabierając ode mnie kartkę.
Kiwam głową.
Siada obok mnie i rozprostowuje papier, wpatrując się w niego, jakby widział tam dużo więcej niż ktokolwiek inny. Przez chwilę jego lewa ręka drży. Chłopak bierze głęboki oddech.
- To list od mojego przyjaciela – mówi to takim tonem, jakby to był zwyczajny list, ale przecież wiem, że nie jest. – Napisał go tuż przed tym, jak się zabił.
Cóż za ironia. I ja sobie myślałam, że mogę się tak po prostu w nim zauroczyć i go nie ranić?
- Wiesz, on wiedział, że to ja go znajdę. Jego rodzice wyjechali, więc był sam w domu. I... To jest moja wina.
Patrzę na niego z dezorientacją.
- Wiedziałem, jaki on jest – kontynuuje. – Mieliśmy w szkole prześladowców. Baliśmy się chodzić do szkoły przez nich. Robili wszystko, byle nas udupić, od rzucania naszymi rzeczami, przez wrzucanie petów do szafek, po bicie i to nie takie sobie. I on przez to chciał się zabić, a ja próbowałem go przed tym powstrzymać. Codziennie po szkole pisałem z nim, dzwoniłem, jak trzeba było to przychodziłem, aby tylko go jakoś wesprzeć, ale to mało dawało, bo jego lęki zaczęły przechodzić na mnie. Powoli przestawałem mieć do tego zdrowie, udzielało mi się to, co jemu, leżałem w łóżku i myślałem tylko o tym, jak boję się ranka. Raz nie przespałem całej nocy, bo do czwartej gadałem z nim, a gdy on już zasnął, ja nadal nie mogłem i przeleżałem sparaliżowany strachem do rana. Ten dzień był naszym najgorszym w szkole. Cały czas bałem się, że na mnie czyhają, przez to, co on mi nagadał, a potem i tak mnie pobili, bo usiadłem na „ich” ławce. Gdy wróciłem do domu, gapiłem się tylko w jeden punkt i trząsłem się. I wtedy zasnąłem. Zostawiłem go samego na trzy godziny, a on to zrobił. Rozumiesz to? Trzy godziny. Wystarczyły.
Przerywa na chwilę i podnosi na mnie wzrok znad listu. Widzę w jego oczach łzy i przerażenie, mam ochotę go przytulić, ale się boję.
- To nie twoja wina – wtrącam, ale on nie słucha.
- Znalazłem go w łazience, wokół była krew. Wypływała mu z uszu. Chyba coś wziął, a gdy upadł, musiał się uderzyć mocno w głowę – mówi bez emocji, jak robot. – Jak znalazłem ten list, to dopiero wtedy wszystko... Do mnie dotarło? Jakby mnie uderzyło i pamiętam, że poczułem jakbym miał stracić przytomność, upadłem na podłogę a potem otworzyłem oczy tutaj.
Wiem, że to koniec opowieści, ale nie mam pojęcia co powiedzieć. Siedzę w milczeniu próbując go nie przytulić.
- Nie chciałem ci tego wcześniej mówić, bo... Lena, lubię cię. I chciałem, żebyś ty mnie też lubiła.
Nie wiem, co ma jedno do drugiego, ale jeśli jego zdaniem ma, to gdyby poznał moje myśli, znienawidziłby mnie.
- Chciałem cię przed tym jakby ochronić, ale chyba nie można, nie?

Nie mogę już dłużej wytrzymać jego lęku. Przytulam go mocno, tak aby wiedział, że lubię go bez względu na to, co mu się przytrafiło i jak to na mnie wyrzucił. Myślę, że nikomu wcześniej tego nie mówił, a widać, że potrzebował. Mam nawet wrażenie, jakby nieco mu to pomogło, szczególnie, gdy odwzajemnia uścisk i czuję jak jego klatka piersiowa równo unosi się i opada. Po chwili liczy się dla mnie tylko jego spokojny oddech.