I’m so sick of all these people
But I’m scared to be alone
~ Rise Against, Voices Off Camera
Głuchy
łomot przyspieszonego tętna odbijał się echem w jego głowie, gdy biegł po
schodach na trzecie piętro. Dopadł do drzwi i drżącymi rękami przekręcił klucz
w zamku; gdy tylko wszedł do środka, zalała go wszechobecna cisza.
Spojrzał
w lewo, do większego pokoju. Nie było nikogo, telewizor był wyłączony. Klucze
Jacka leżały na szafce, jego pokój był również pusty. Tim spojrzał w panice na
drzwi od łazienki i poczuł się, jakby widok zapalonego światła uderzył go w
twarz.
Na
trzęsących się nogach podszedł do pomieszczenia. Podejrzewał już, co go tam
czekało, ale łudził się, że jeszcze będzie mógł coś zdziałać.
Nacisnął
na klamkę i w tym momencie przerażenie wbiło go w podłogę. Wszystko oprócz
Jacka wydawało mu się rozmazane, widział tylko jego bladą twarz, otwarte,
martwe oczy, krew wypływającą z uszu i sine dłonie.
Dopiero
po chwili obraz zaczął mu się wyostrzać i wtedy nagle uświadomił sobie, że od
dłuższej chwili wstrzymywał oddech. Zakręciło mu się w głowie, poczuł jak
kolana mu miękną, zaczął brać krótkie, paniczne wdechy. Osunął się w bok,
usiadł na ramce brodzika od prysznica i schował twarz w drżących dłoniach.
Bał
się ponownie spojrzeć na przyjaciela. Czuł się przez to jeszcze bardziej winny,
ale wolał patrzeć wszędzie, byle nie na niego. Jeszcze żaden widok nie
przeraził go tak bardzo w całym jego życiu. Wszystko było gorsze, niż
kiedykolwiek. Dreszcze, które go przechodziły, zdawały się kłuć.
W
ostatniej chwili zdał sobie sprawę, że nadal nie miał odwagi podnieść wzroku i
spojrzał na umywalkę. Po lewej stronie leżało puste opakowanie po lekach, po
prawej pogięta kartka. Wziął ją do ręki i rozłożył. Koślawe, nierówne pismo
Jacka.
Tim
Wiem,
że mówiłeś, abym się im nie przeciwstawiał
Przepraszam
UCIEKAJ.
UCIEKAJ.
Tak.
To było dokładnie jedyne, co w tym momencie chciał zrobić.
Zacisnął
pięść na kartce i wstał. Pod jego czaszką eksplodował ból, który na chwilę
pozbawił go wzroku. Na oślep wyszedł z łazienki, biała plama przed jego oczami
rozwiała się dopiero, gdy sięgał już po torbę i pakował najpotrzebniejsze
rzeczy.
Nie
zapinając jej, rzucił się do wyjścia i zbiegł po schodach, prawie potykając się
o własne nogi. Gdy napotkał drzwi od klatki schodowej, pchnął je z całej siły
do przodu, nie zważając na huk, jaki wywołały zderzając się ze ścianą budynku.
Wiatr
przeszył jego ubrania, wyziębiając go do kości. W płucach czuł palący ból,
próbował tylko nie zemdleć. Miał wrażenie, że wszystko wokół trzęsło się tak
jak on. Nogi uginały się pod nim coraz bardziej z każdym zetknięciem stopy z
podłożem. Nie przestawał biec.
Jego
myśli pędziły szybciej. Miał w głowie jedno wielkie przerażenie, nie docierało
do niego nic z zewnątrz. Wszystkie wątki w jego umyśle biegły, zderzały się ze
sobą i sprowadzały do jednego faktu; Jack nie żyje. Nie widział niczego
konkretnego, jego wzrok nie skupiał się na niczym. Czuł jedynie rozrywający ból
w płucach i coraz większe zawroty głowy.
Chciał
się od tego uwolnić. Wszystko wymknęło się spod kontroli, panika przejęła go
całego, jakby te wszystkie wydarzenia mogły go pochłonąć, jeśli by się nie
zatrzymał. Emocje goniły jego kontakt z rzeczywistością, czyhając tylko, aby go
dopaść.
Adrenalina
przestała mu wystarczać. Ból w klatce piersiowej nie pozwalał mu oddychać,
tętno pulsujące mu pod czaszką zdawało się hałasem nie do wytrzymania. Chciał
pozostać bez czucia chociaż na chwilę, wszystko, byle przerażenie nie
zniszczyło go doszczętnie.
Uderzył
bokiem o ścianę, po której chwilę później osunął się na ziemię. Przyciągnął
kolana do klatki piersiowej, ułożył na nich ręce, ukrył twarz w zgięciu ręki. Nagle
powietrze, którym oddychał, stało się powietrzem, którym się krztusił. Kulił
się na stacji metra, psychicznie czując się, jakby nadal biegł.
Oparł
tył głowy o ścianę i poczuł przejmujące zimno. Chłód owiewał go ze wszystkich
stron, a lodowate spojrzenia przechodniów zawisały na nim jak etykietki.
Widział, jak na niego patrzyli, ale nie potrafił dopuścić do siebie tego, że
mogli go wziąć za ćpuna lub kogoś podobnego. Zawsze wierzył w ludzi.
Powinien
był dawno przestać.
Był
wycieńczony, wiedział, że nie da rady wstać. Jego mięśnie straciły siłę, gdy
pięści się rozluźniły, przypomniał sobie, że cały czas ściskał w dłoni kartkę;
prawdopodobnie jedyną rzecz, która została mu po przyjacielu.
Ciężko
przełknął ślinę, próbując się nie rozpłakać. Wbił wzrok w podłogę, a obraz
zaczął mu się coraz bardziej rozmazywać, przesłoniony łzami, z którymi walczył,
aby nie wypłynęły mu z oczu.
Jeszcze
nigdy wcześniej nie czuł się tak bardzo sam. Wiedział, że tym razem już nikt mu
nie pomoże. Nie miał żadnych przyjaciół poza Jackiem, nie mógł mieszać w to
rodziny. Nie wiedział nawet, jak mógłby to wytłumaczyć.
Wziął
telefon do ręki i przycisnął długo klawisz blokowania, aby go wyłączyć. Przez
chwilę wpatrywał się w czarny ekran, a jego własne odbicie przerażało go jak
nigdy. Wyglądał jak wrak człowieka.
-
Czy mogę ci jakoś pomóc? – cichy, damski głos wyrwał go z otępienia i oto
uświadomił sobie, że siedział tam zdecydowanie za długo, a po jego policzkach
płynęły łzy.
Podniósł
wzrok na nieznajomą i w tym momencie Lena zobaczyła najpiękniejsze oczy, jakie
w życiu widziała.
Chłopak
szybkim, niezdarnym gestem starł łzy z policzków rękawem. Wzdrygnął się i ledwo
powstrzymał się przed dalszym płaczem.
-
Chyba się nie da – wymamrotał, w myślach przepraszając dziewczynę za to, że
zdecydowała się tracić na niego czas.
Lena
nawet nie dostrzegła, jak marnie wyglądał, bo cały czas patrzyła na jego oczy;
prawe brązowe, lewe niebieskie z małą brązową plamką tuż nad źrenicą. Miała
ochotę natychmiast stworzyć na jego podstawie bohatera do swojego opowiadania
fantasy.
-
Gdzie jedziesz? – zapytała cicho.
Tim
wyprostował się lekko i zamrugał kilka razy.
-
Nie wiem.
Dziewczyna
wbiła wzrok w podłoże, nie wiedząc, co mówić. Tim podejrzewał, że ona za chwilę
sobie pójdzie, czyniąc całą tą sytuację jeszcze bardziej dziwną, niż mogłaby
się z początku zdawać. Ale mało go w tym momencie obchodziło, jak to wyglądało
z zewnątrz. Chciał, aby została przy nim.
-
A ty? – spytał.
-
Na dworzec, a potem do Orlando – odpowiedziała, wymuszenie zdecydowanym tonem.
Chłopak
przygryzł dolną wargę. To była cała doba drogi. Daleko, i nikogo tam nie znał.
-
Mogę jechać z tobą?
Spojrzała
na niego ze zdziwieniem, ale jednocześnie miał wrażenie, że go rozumiała. Dla
nich obojga prawie wszystkie zwyczajne wartości momentalnie przestały istnieć.
-
Tak – odpowiedziała od razu, zadziwiając samą siebie. – A w ogóle, to jestem
Lena – wyciągnęła do niego dłoń.
-
Tim – przedstawił się.
-
Masz fajną koszulkę.
Spojrzał
na siebie, przypominając sobie, w co był ubrany – sprany, czarny t-shirt z
okładką jego ulubionego albumu Killswitch Engage. Od paru lat próbował
przekonać Jacka do tego zespołu.
-
Dzięki – bąknął niepewnie.
-
Jedzie nasza linia – oznajmiła, po czym pomogła mu wstać. – O, masz odpiętą
torbę.
***
Konduktor
zamknął drzwi do wagonu i machinalnie szturchnął dziewczynę, która zasłuchana w
muzykę płynącą ze słuchawek nie zauważyła jego przyjścia. Lena wyjęła swój
bilet i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo go pogięła.
Gdy
mężczyzna podszedł do nich, Tim drżącą dłonią podał mu niewiele lepiej
wyglądający kawałek papieru. Nagle Lena uświadomiła sobie, że chłopak przez
cały czas się trząsł. Coś w podświadomości mówiło jej, że powinna się go bać,
ale ona jedynie mu współczuła. Chciała się dowiedzieć, co się właśnie stało w
jego życiu, ale uznała, że lepiej nie pytać o to wprost.
-
Ile masz lat? – to też nie było najciekawsze pytanie, ale jej mózg działał w
trybie awaryjnym i postanowił dowiedzieć się od razu, jak tylko chłopak podał
do kontroli swój bilet bez ulgi.
-
Dwadzieścia – odpowiedział cicho chłopak. – A ty?
-
Dziewiętnaście.
Ucieszyła
się, bo nie tylko ona nie wyglądała wystarczająco dojrzale jak na swój wiek.
Tima można było opisać jako typowego „chłopka roztropka” – odmładzały go
głównie jego potargane, rudawe loczki, które często zakrywały mu pół twarzy. Był
drobny, niewysoki i najwyraźniej nie dbał o wygląd, o czym świadczyły choćby sznurki
od kaptura jego bluzy, które zakręciły się do tyłu i obecnie spoczywały na
plecach chłopaka.
Był
blady jak ściana, jego drobne piegi były wyjątkowo widoczne, ale przez jego
oczy Lena miała ochotę gapić się na niego przez całą noc, kiedy nie będzie
mogła spać.
-
Do kogo jedziesz do Orlando? – spytał, kuląc się bardziej na siedzeniu.
-
Do przyjaciółki – Lena przygryzła wargę pomiędzy jednym zdaniem a drugim. –
Mieszka w akademiku, a ja zwalę jej się na głowę. Nielegalnie.
Mówiła
to tonem, jakby była tak bardzo zażenowana własną osobą, że właściwie było jej
już wszystko jedno, na jaką wyjdzie. I tak było.
-
A ty co będziesz tam robił?
Chłopak
wziął głęboki, świszczący oddech i wbił wzrok w okno.
-
Jeszcze nie wiem.
Spojrzała
na niego tak, jakby dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewała. Chciała
zaproponować mu, żeby poszedł razem z nią sypiać na podłodze w pokoju jej
przyjaciółki, ale w porę przypomniała sobie, że pokój jej przyjaciółki należał
do jej przyjaciółki.
-
Nie mam teraz głowy do tego, aby myśleć, co zrobię – przyznał Tim, wpatrując
się nieobecnym wzrokiem w głąb pociągu. – Po prostu nie mogłem już zostać w
Chicago.
To
Lena naprawdę rozumiała. Nie mogła zostać w Chicago, bo załamałyby swoją matkę
po raz kolejny. Musiałaby sobie porozpaczać. Toby był dla niej członkiem
rodziny, ale dla reszty domowników był śmierdzącym potencjalnym pasztetem. Nikt
nie rozumiałby jej smutku, powstawałyby wredne żarty na temat królika, wszyscy
dziwiliby się, dlaczego Lena nie ma dobrego humoru i stwierdzaliby, że pewnie
chce być niemiła.
Tak
było rok temu, gdy Lena przechodziła jeden z najgorszych okresów swojego życia
– wokalista Linkin Park, jej pierwszego ulubionego zespołu popełnił
samobójstwo, a mama, babcia i dziadek uznali, że dziewczyna udawała płacz, aby
wymigać się od obowiązków w domu. Pamiętała dokładnie, jak Peter wysłał jej
informację o śmierci Chestera, a ona nie mogła uwierzyć. Aż w końcu zaczęła
płakać. Mama ją przytuliła, a ona wyrwała się prawie od razu – po części z
szoku, że jej mama postanowiła tak zrobić, bo uważała jej idoli za niepotrzebną
odskocznię od własnego życia, a po części przez to, że w panice chciała znaleźć
jakiekolwiek miejsce, w którym mogłaby odciąć się od tego wydarzenia. Przez
następne parę godzin tłukła się po własnym pokoju, nie chcąc dopuścić do siebie
prawdy. I nie było tak, że płakała, bo wyobrażała sobie muzyka jako swojego
męża w przyszłości. Płakała, bo to był człowiek, bez którego nie słuchałaby tej
muzyki, której obecnie słuchała, nie poszłaby na wszystkie koncerty, które były
jedynymi momentami bez depresji w jej całym życiu, i nie poznałaby większości
ludzi, których obecnie uznawała za przyjaciół. Mimo, że Chester nie miał
pojęcia o jej istnieniu, ona czuła, jakby niesamowicie wiele dla niej zrobił. A
ona dla niego nic.
Dopiero,
gdy zatrzymali się na stacji, zorientowała się, jak daleko odpłynęła w
rozmyślaniach. Musiała nawet przybrać jakiś tragiczny wyraz twarzy, bo Tim
patrzył na nią z niejakim współczuciem, jeśli można było wyczytać u niego
jakiekolwiek inne emocje oprócz panicznego strachu.
Spojrzała
na cały czas drżące dłonie chłopaka. Nagle pomyślała, że chciałaby go
przytulić, ale bała się reakcji. Mimo tego Tim sprawiał wrażenie, jakby
wszystko wiedział. Jakby domyślał się, co chciała mu przekazać, jakby on też
chciał coś przekazać, ale wiedział, że obecnie oboje byli na tyle roztrzęsieni,
aby jedynie w tępym czuwaniu czekać na stację przesiadkową.
Mam nadzieję, że się jakoś zbiorę i napiszę sobie dość szybko komentarz, bo poprzednio zagięłam samą siebie i zapowiedziałam, że napiszę sobie sama komentarz, a tego nie zrobiłam. Nawet ja olewam mnie (wstaw opcjonalne "XD").
Jakby ktoś to kiedyś zobaczył, wpadłam na genialny pomysł i zaczęłam robić linki do piosenek, które cytuję. Świetnie się z nimi czyta i wszystkie wpasowują się w klimat tego opowiadania. Polecam. Sobie, jak będę to za parę lat (jeśli dożyję) czytać.


