I believe, that the whole wide world is against me
~In Flames, Like Sand
-
Ej, Bury Tomorrow zagrają w listopadzie – Peter zniżył się do poziomu swojej
sięgającej połowy jego ramienia przyjaciółki i pokazał jej ogłoszenie trasy
koncertowej na ekranie telefonu.
-
Idziemy – zadecydowała Lena, poprawiając ciężką torbę na swoim ramieniu.
Gdy
przeszli przez ulicę, spojrzała do góry na wyższego pół metra chłopaka i od
razu wyczytała z jego twarzy, że powinna była powiedzieć „idę”.
-
No wiesz, kiepsko. Bo dwa dni wcześniej idę na Stinga z tatą – przyznał Peter.
Spojrzał
na rozkład jazdy metra i odetchnął z ulgą, gdy przeliczył sobie, jak szybko
będzie w domu. Nie mógł się doczekać, aż się położy; od dwóch dni nie dupnął
żadnego monsterka wypił żadnego energetyka i przez to czuł się, jakby
przejechał go walec.
-
Spoko, pojadę sama – jeżdżenie samą wcale nie było dla Leny „spoko”, ale nie
miała towarzystwa od ostatnich trzech koncertów i zdążyła do tego trochę
przywyknąć.
Powoli
życie uświadamiało jej, że powinna była bardziej doceniać dawniejszy stan
rzeczy, jak chociażby to, że miała z kim pójść na koncert. Właściwie, to
zostało jej bardzo mało do doceniania, bo w ostatnim czasie straciła mnóstwo
rzeczy, których nie spodziewała się tracić.
W
tym momencie oboje powoli wracali do szarej rzeczywistości, której Lena
poniekąd zazdrościła Peterowi, bo będąc na jego miejscu czułaby się mniej
beznadziejna. Po roku dostawania dobrych ocen, uczenia się pół dnia i chodzenia
na wszelkie dodatkowe zajęcia, jednym błędem zniszczyła swój egzamin, co
zablokowało jej wejście na wszelkie studia. Wiedząc, że następnego dnia wróci
do pracy, wolała zamienić się ze studiującym przyjacielem; bo na niego rodzina
nie obraziła się w momencie zobaczenia wyników egzaminów, bo on mógł jeszcze
czuć się czegoś wart. A ona czuła się jak za dużo wymagająca od życia idiotka.
-
Ej, ale nie wierzę, że Baker był ósmy – emocjonował się Peter, widząc wyniki
zawodów, w których znienawidzony wuefista Leny był lepszy od niego.
-
Mentalnie podkładałam mu nogę przez cały bieg – przyznała dziewczyna, chwilę
przed tym, jak wsiedli do pojazdu metra. – Ej, ale z ciebie jestem dumna.
-
No pewnie – chłopak wyprostował się na siedzeniu. – Pół minuty szybciej niż
ostatnio.
Lena
uśmiechnęła się lekko. Z zawodów jej przyjaciela rozumiała tyle, że się
odbywały (jak udało jej się czasem znaleźć metę, to uznawała to za sukces), ale
starała się chociaż być i robić zdjęcia. Tym bardziej, jeśli wzięcie udziału w
zawodach wymagało dłuższej od nich podróży.
Wyciągnęła
telefon i napisała do Marthy, że będzie za pół godziny, odebrać dwójkę swoich
rozpieszczonych królików. Już wyobrażała sobie, w jak zawrotnym tempie Mitchie
pobiegnie do niej, podskakując na swoich śmiesznych stopach, podczas gdy Toby
poczeka leżąc.
-
Wiesz, chyba wysiądę przystanek wcześniej – oznajmił Peter. – Tam jest automat,
to kupię sobie monsterka.
Lena
przewróciła oczami. Jej przyjaciel był uzależniony od ulubionego energetyka jak
ona od mrożonej herbaty.
-
Przyjdź do mnie pojutrze, muszę ci zagrać Run
To The Hills, bo wreszcie się nauczyłam – wtrąciła, gdy chłopak już
podnosił się z siedzenia. – A, i czekaj – klepnęła go w ramię, aby się schylił,
po czym wygładziła mu grzywkę. – Okej – zameldowała.
Przytulili
się na pożegnanie.
-
Do pojutrze – powiedział Peter.
-
I tak zaraz będziemy ze sobą pisać.
Zdążyli
jeszcze się zaśmiać, zanim chłopak wysiadł z metra, a Lena została w pojeździe
sama ze swoimi czarnymi myślami.
Króliki
były obecnie jej jedynym dużym powodem do szczęścia – w ostatnich kilku
miesiącach zawaliła szkołę i dała swojej
rodzinie mnóstwo powodów do uznania jej za kompletnie bezużyteczną. A potem,
pewnego dnia w wakacje przeszła się ze swoją najlepszą przyjaciółką do galerii
handlowej i w sklepie zoologicznym zobaczyła najpiękniejsze zwierzątko świata.
Kupiła rudego, puchatego królika od razu, sprowadziła go bez zapowiedzi do
domu, a gdy tylko jej mama go zobaczyła, usiadła na kanapie, złapała się za
głowę i stwierdziła „gorzej być nie może”.
Od
tego czasu Lena codziennie zachwycała się Tobym, który zachowywał się jakby
miał wszystko głęboko w swoim ruszającym się nosie; nie bał się głośnych
dźwięków gitary swojej właścicielki, spokojnie i z gracją odsuwał się od kabli
gdy jej mama groziła, że jeśli raz kłapnie zębami w ich pobliżu to przerobi go
na pasztet, rozkładał się pod krzesłem i gdy spadła na niego przewieszona przez
oparcie bluza, nic sobie z tego nie robił. Pochłonął więcej pieniędzy, niż Lena
sobie obliczyła, więc postanowiła zacząć pracować w sklepie zoologicznym, aby
zarobić na jego utrzymanie.
I
pewnego dnia ponownie się zakochała, i ponownie wróciła do domu z nowym
zwierzątkiem. Mitchie była czarna, miała jedną białą łapkę i bała się
wszystkiego jak normalny królik. A do tego biegała za Leną jak pies, kładła się
obok niej na łóżku i non stop nadstawiała się do głaskania. W przeciwieństwie
do wszystkiego, wychowywanie królików szło dziewczynie naprawdę dobrze. Nawet
mama się do nich przekonała i często z nimi zostawała, ale tym razem i ona
wyjechała, więc króliki zostały pod opieką koleżanki.
Zapukała
do drzwi Marthy i poczekała podejrzanie długo. Dziewczyna otworzyła i jej suche
„cześć” sprawiło, że Lena zapomniała odpowiedzieć i wpadła do domu z
niepokojem.
Mitchie
na widok właścicielki zeskoczyła z podestu w klatce i oparła się o pręty.
Podgryzła drzwiczki do klatki, zdezorientowana tym, że Lena nie podeszła do
niej od razu i nie zaczęła jej głaskać.
-
Gdzie jest Toby?
-
Byłam z tatą w garażu i one tam sobie latały, mówiłaś, że są mądre, to nie
podejrzewałam, że ucieknie…
Nie
pamiętała, czy mówiła coś więcej. Następne parę godzin zostało w jej mózgu jako
urywki uciążliwej drogi do domu z dwiema klatkami, bezsensownego szukania
królika po okolicy, przytulania zdezorientowanej Mitchie i… podejmowania jednej
z najważniejszych decyzji jej życia.
"Króciutką notkę walnę, aby ludzie wiedzieli, co się tu dzieje" - zameldowałam siedzącej obok przyjaciółce, a potem ogarnęłam, że sama nie wiem, co tu się dzieje. W dzień śmierci Chestera byłam w momencie opisywania samobójstwa w danym momencie MU i przez to uznałam to opowiadanie za poniekąd "przeklęte" i przestałam je pisać. Tylko ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie umiem tego tak zostawić, więc oto nowa wersja. Być może będzie hejtowana, bo poprzednia była wystarczająco, ale po prostu nie potrafię zostawić tej historii bez zakończenia, no i kocham Tima w tym opowiadaniu, nigdy nie stworzyłam lepszego niż on bohatera na podstawie kogoś.
Nie mogę od nikogo oczekiwać, aby to czytał, ale... pls. Pomyślcie o mnie czasem. Próbuję wrócić z tymi debilnymi opowiadaniami od dłuższego czasu i bez choćby małego wsparcia nie dam rady.
+ Pozdrawiam Petera z rozdziału.
PS. Nawet króliki z tego opowiadania istnieją naprawdę.
PS2. Nie uważam, że to opowiadanie naprawdę nie zasługuje na choć jeden komentarz, więc będę je sobie pisać sama. I tak nikt tego nie zobaczy, więc nie będzie siary przed nikim. Dzięki za uwagę, Ula.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz