sobota, 13 października 2018

Prolog

I believe, that the whole wide world is against me
~In Flames, Like Sand

- Ej, Bury Tomorrow zagrają w listopadzie – Peter zniżył się do poziomu swojej sięgającej połowy jego ramienia przyjaciółki i pokazał jej ogłoszenie trasy koncertowej na ekranie telefonu.
- Idziemy – zadecydowała Lena, poprawiając ciężką torbę na swoim ramieniu.
Gdy przeszli przez ulicę, spojrzała do góry na wyższego pół metra chłopaka i od razu wyczytała z jego twarzy, że powinna była powiedzieć „idę”.
- No wiesz, kiepsko. Bo dwa dni wcześniej idę na Stinga z tatą – przyznał Peter.
Spojrzał na rozkład jazdy metra i odetchnął z ulgą, gdy przeliczył sobie, jak szybko będzie w domu. Nie mógł się doczekać, aż się położy; od dwóch dni nie dupnął żadnego monsterka wypił żadnego energetyka i przez to czuł się, jakby przejechał go walec.
- Spoko, pojadę sama – jeżdżenie samą wcale nie było dla Leny „spoko”, ale nie miała towarzystwa od ostatnich trzech koncertów i zdążyła do tego trochę przywyknąć.
Powoli życie uświadamiało jej, że powinna była bardziej doceniać dawniejszy stan rzeczy, jak chociażby to, że miała z kim pójść na koncert. Właściwie, to zostało jej bardzo mało do doceniania, bo w ostatnim czasie straciła mnóstwo rzeczy, których nie spodziewała się tracić.
W tym momencie oboje powoli wracali do szarej rzeczywistości, której Lena poniekąd zazdrościła Peterowi, bo będąc na jego miejscu czułaby się mniej beznadziejna. Po roku dostawania dobrych ocen, uczenia się pół dnia i chodzenia na wszelkie dodatkowe zajęcia, jednym błędem zniszczyła swój egzamin, co zablokowało jej wejście na wszelkie studia. Wiedząc, że następnego dnia wróci do pracy, wolała zamienić się ze studiującym przyjacielem; bo na niego rodzina nie obraziła się w momencie zobaczenia wyników egzaminów, bo on mógł jeszcze czuć się czegoś wart. A ona czuła się jak za dużo wymagająca od życia idiotka.
- Ej, ale nie wierzę, że Baker był ósmy – emocjonował się Peter, widząc wyniki zawodów, w których znienawidzony wuefista Leny był lepszy od niego.
- Mentalnie podkładałam mu nogę przez cały bieg – przyznała dziewczyna, chwilę przed tym, jak wsiedli do pojazdu metra. – Ej, ale z ciebie jestem dumna.
- No pewnie – chłopak wyprostował się na siedzeniu. – Pół minuty szybciej niż ostatnio.
Lena uśmiechnęła się lekko. Z zawodów jej przyjaciela rozumiała tyle, że się odbywały (jak udało jej się czasem znaleźć metę, to uznawała to za sukces), ale starała się chociaż być i robić zdjęcia. Tym bardziej, jeśli wzięcie udziału w zawodach wymagało dłuższej od nich podróży.
Wyciągnęła telefon i napisała do Marthy, że będzie za pół godziny, odebrać dwójkę swoich rozpieszczonych królików. Już wyobrażała sobie, w jak zawrotnym tempie Mitchie pobiegnie do niej, podskakując na swoich śmiesznych stopach, podczas gdy Toby poczeka leżąc.
- Wiesz, chyba wysiądę przystanek wcześniej – oznajmił Peter. – Tam jest automat, to kupię sobie monsterka.
Lena przewróciła oczami. Jej przyjaciel był uzależniony od ulubionego energetyka jak ona od mrożonej herbaty.
- Przyjdź do mnie pojutrze, muszę ci zagrać Run To The Hills, bo wreszcie się nauczyłam – wtrąciła, gdy chłopak już podnosił się z siedzenia. – A, i czekaj – klepnęła go w ramię, aby się schylił, po czym wygładziła mu grzywkę. – Okej – zameldowała.
Przytulili się na pożegnanie.
- Do pojutrze – powiedział Peter.
- I tak zaraz będziemy ze sobą pisać.
Zdążyli jeszcze się zaśmiać, zanim chłopak wysiadł z metra, a Lena została w pojeździe sama ze swoimi czarnymi myślami.
Króliki były obecnie jej jedynym dużym powodem do szczęścia – w ostatnich kilku miesiącach zawaliła szkołę i dała swojej rodzinie mnóstwo powodów do uznania jej za kompletnie bezużyteczną. A potem, pewnego dnia w wakacje przeszła się ze swoją najlepszą przyjaciółką do galerii handlowej i w sklepie zoologicznym zobaczyła najpiękniejsze zwierzątko świata. Kupiła rudego, puchatego królika od razu, sprowadziła go bez zapowiedzi do domu, a gdy tylko jej mama go zobaczyła, usiadła na kanapie, złapała się za głowę i stwierdziła „gorzej być nie może”.
Od tego czasu Lena codziennie zachwycała się Tobym, który zachowywał się jakby miał wszystko głęboko w swoim ruszającym się nosie; nie bał się głośnych dźwięków gitary swojej właścicielki, spokojnie i z gracją odsuwał się od kabli gdy jej mama groziła, że jeśli raz kłapnie zębami w ich pobliżu to przerobi go na pasztet, rozkładał się pod krzesłem i gdy spadła na niego przewieszona przez oparcie bluza, nic sobie z tego nie robił. Pochłonął więcej pieniędzy, niż Lena sobie obliczyła, więc postanowiła zacząć pracować w sklepie zoologicznym, aby zarobić na jego utrzymanie.
I pewnego dnia ponownie się zakochała, i ponownie wróciła do domu z nowym zwierzątkiem. Mitchie była czarna, miała jedną białą łapkę i bała się wszystkiego jak normalny królik. A do tego biegała za Leną jak pies, kładła się obok niej na łóżku i non stop nadstawiała się do głaskania. W przeciwieństwie do wszystkiego, wychowywanie królików szło dziewczynie naprawdę dobrze. Nawet mama się do nich przekonała i często z nimi zostawała, ale tym razem i ona wyjechała, więc króliki zostały pod opieką koleżanki.
Zapukała do drzwi Marthy i poczekała podejrzanie długo. Dziewczyna otworzyła i jej suche „cześć” sprawiło, że Lena zapomniała odpowiedzieć i wpadła do domu z niepokojem.
Mitchie na widok właścicielki zeskoczyła z podestu w klatce i oparła się o pręty. Podgryzła drzwiczki do klatki, zdezorientowana tym, że Lena nie podeszła do niej od razu i nie zaczęła jej głaskać.
- Gdzie jest Toby?
- Byłam z tatą w garażu i one tam sobie latały, mówiłaś, że są mądre, to nie podejrzewałam, że ucieknie…
Nie pamiętała, czy mówiła coś więcej. Następne parę godzin zostało w jej mózgu jako urywki uciążliwej drogi do domu z dwiema klatkami, bezsensownego szukania królika po okolicy, przytulania zdezorientowanej Mitchie i… podejmowania jednej z najważniejszych decyzji jej życia.





"Króciutką notkę walnę, aby ludzie wiedzieli, co się tu dzieje" - zameldowałam siedzącej obok przyjaciółce, a potem ogarnęłam, że sama nie wiem, co tu się dzieje. W dzień śmierci Chestera byłam w momencie opisywania samobójstwa w danym momencie MU i przez to uznałam to opowiadanie za poniekąd "przeklęte" i przestałam je pisać. Tylko ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie umiem tego tak zostawić, więc oto nowa wersja. Być może będzie hejtowana, bo poprzednia była wystarczająco, ale po prostu nie potrafię zostawić tej historii bez zakończenia, no i kocham Tima w tym opowiadaniu, nigdy nie stworzyłam lepszego niż on bohatera na podstawie kogoś.
Nie mogę od nikogo oczekiwać, aby to czytał, ale... pls. Pomyślcie o mnie czasem. Próbuję wrócić z tymi debilnymi opowiadaniami od dłuższego czasu i bez choćby małego wsparcia nie dam rady.
+ Pozdrawiam Petera z rozdziału.
PS. Nawet króliki z tego opowiadania istnieją naprawdę.
PS2. Nie uważam, że to opowiadanie naprawdę nie zasługuje na choć jeden komentarz, więc będę je sobie pisać sama. I tak nikt tego nie zobaczy, więc nie będzie siary przed nikim. Dzięki za uwagę, Ula.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz