wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 2


Jasne światło razi mnie w oczy, choć większy szok wywołuje świeże powietrze. Po raz kolejny ogarnia mnie panika, czuję się jak owca zaganiana do zagrody nie przez psa, a przez dinozaura, ślepego i wyposażonego w karabin maszynowy.
Pociski przelatują niedaleko nas, przez chwilę czuję jak jeden ociera się o moje ramię, ale nic mnie nie trafia. Jedyne czego jestem pewna, to że muszę się spieszyć. Boję się ruszać, ale wiem, że muszę biec.
Nabój przelatuje tuż przed moimi oczami, gdy wyciągam ręce przed siebie i uderzam nimi drzwi, które z impetem uderzają w sąsiednią ścianę. Wpadam do pomieszczenia i z rozpędu prawie upadam na schody tuż przede mną. Panika, która towarzyszyła mi podczas biegu wcale mnie nie opuszcza, gdy odwracam się w stronę zamkniętych drzwi.
Tim opiera się o nie plecami, patrząc tępym wzrokiem w dół. Dopiero teraz widzę go w pełnym świetle. Jest chudszy niż myślałam, a nawet ma lepsze nogi ode mnie. W jednym jego trampku, tak jak w moim, jest pęknięta na pół podeszwa. Włosy ma w takim nieładzie, że chyba szybciej da się zrozumieć matematykę, niż je rozplątać. Ogólnie, chłopak wygląda dość… Osobliwie. Nie jest ładny. Ma przerwę na środku brody, którą Lena nazywa drugą dupą. Przez moment mam wrażenie, że nawet jego brwi są potargane.
Nie odzywa się i stoi w bezruchu, dlatego nie robię niczego, tylko rozglądam się. Nie mam pojęcia, co będę musiała robić, ale podejrzewam, że pójdę gdzieś po tych schodach. Tylko nie wiem, gdzie one prowadzą. Patrzę do góry i nie widzę sufitu pomieszczenia. Wszystko jest rozmazane, w pierwszej chwili zaczynam panikować, że coś stało się z moim wzrokiem, lecz to nie moja wina. Tylko ten jeden kawałek budynku jest rozmazany.
Jest.
Prawda?
- Tim? – spoglądam na niego niepewnie.
- Nie uciekaj, dobra? – pyta cicho.
- Już mi udowodniłeś – odpowiadam lekko zgryźliwie. Nie chcę, aby traktował mnie jak dziecko.
- Jeżeli wejdziesz po tych schodach, to znajdziesz się w sytuacji, która działa się przed tym, jak tu trafiłaś.
O nie.
- Nie da się inaczej? – pytam.
- Nie – zaprzecza.
Okej. Skoro nie, to nie. Dam radę. Muszę wrócić i pomóc Hampusowi, zadzwonić na pogotowie, lub jakkolwiek inaczej wezwać lekarzy. Jeżeli jakoś mi się uda. Na samą myśl o tym zaczynam się trząść.
- Dobra. Skoro tylko wejść po schodach, to dlaczego stąd nie wyszedłeś? – pytam kontrolnie.
- Pokazać ci? – odpowiada pytaniem na pytanie.
Kiwam głową.
Chłopak wbiega na schody, a ja zaczynam zastanawiać się, czy może to ja zwariowałam od tego wypadku. Nie mam pojęcia, co się dzieje.
Na około czwartym schodku jakaś dziwna siła rzuca Tima na przeciwległą ścianę, w którą uderza plecami i osuwa się po niej na ziemię.
I w tym momencie zaczyna się jeden z największych dylematów mojego życia. Drzwi, Tim, drzwi, Tim, drzwi, Tim, drzwi, Tim. Jestem między młotem a kowadłem. Nie mogę stąd wyjść, bo pocisk na zewnątrz może mnie trafić. Mój nowy znajomy leży pod ścianą prawdopodobnie nieprzytomny, więc nie mogę tu zostać, boję się, że te dziwne schody coś mi zrobią.
Paranoja.
Chcę uciekać. Chcę uciekać, ale mam wrażliwe serce i nie potrafię zostawić pewnie potrzebującego pomocy chłopaka samego. Dlatego podchodzę do niego, kucam przy nim, gdy on dalej nie reaguje.
- Hej… - kładę rękę na jego ramieniu i nieruchomieję, gdy syczy z bólu.
A jeżeli trzeba go gdzieś przenieść? Co ja zrobię?
- Tim, co się dzieje? – pytam z paniką w głosie.
- Spokojnie – syczy przez zęby – Tobie nic nie grozi.
Siadam na podłodze z wrażenia. Nie chcę być świadkiem tego, jak jakiś dziwny budynek znęca się na bezbronnym chłopakiem.
Ta myśl sprawia, że patrzę na to zupełnie inaczej. Tim jest bezbronny, zupełnie jak ja. Nie jest żadnym potworem, tylko zwyczajnym człowiekiem, którego też musiało dotknąć jakieś nieszczęście, i którego najwyraźniej teraz bardzo mocno bolą plecy.
Otwiera oczy – są załzawione od bólu. Ciężko przełyka ślinę, widać to po jego wyraźnie odznaczającym się jabłku Adama.
- Rany, Tim, bardzo cię boli? – pytam, a panika znowu wraca.
- Tak – odpowiada – I chyba popękały mi żebra.
- A… Możesz się podnieść? – spoglądam na jego spięte, drobne ramiona.
- Nie mam siły – mówi cicho – Ale ty musisz iść, bo…
- Nie! – to moja pierwsza, impulsywna reakcja – Nie pójdę. Boję się.
- Tobie nic się nie stanie.
- Skąd wiesz?
Myślę, że zagięłam go tym pytaniem, podczas gdy przymyka oczy, jakby koncentrując się na wyparciu bólu z umysłu. 
- Masz motywację – mówi wreszcie – Jak wyjdziesz, to uratujesz swojego przyjaciela i będzie dobrze. To wszystko zależy od tego, co myślisz. Możesz o tym pomyśleć optymistycznie. Im szybciej się tam znajdziesz, tym szybciej będzie po wszystkim. Ja nie mogę tak myśleć, dlatego nie umiem wyjść.
Czyli najwyraźniej muszę go posłuchać.
- A co, jeżeli źle pomyślę?
- To coś cię lekko odepchnie na poprzedni stopień – odpowiada, podnosząc na mnie wzrok – Nie jesteś w takiej sytuacji jak ja. U ciebie jest jeszcze nadzieja. Ja jej nie mam i dlatego dzieje się ze mną to, co widzisz.
Wstaję, ale się waham. Teraz mam inny dylemat. Hampus, Tim, Hampus, Tim, Hampus, Tim, Hampus, Tim.
No oczywiście, że Hampus.
- No, idź – ponagla mnie chłopak.
Staję na pierwszym stopniu i odwracam się do niego na chwilę.
- A co z tobą? – pytam.
- Poradzę sobie – odpowiada cicho, tonem wcale nie sugerującym, że sobie poradzi.
Ale Hampus jest ważniejszy.
I tak powoli przemierzam te myślące schody, stopień po stopniu, pchana wizją następnego tygodnia spędzonego miło z Hampusem, jakby nic złego się nie stało. Może jego obrażenia nie są poważne. Może szybko wróci ze szpitala i będzie dobrze. Musi.
W pewnym momencie schody, na które cały czas patrzę rozmywają się i przez chwilę widzę tylko oślepiającą biel, którą szybko zastępuje widok znajomego chodnika.
Chodnik w Gӧteborgu.
Podnoszę wzrok i wtedy znów uderza mnie ten obraz. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, jak jest ciemno. Przechodzący obok obserwator nie zauważyłby od razu leżącego na ulicy chłopaka.
Ale ja go widzę.
Biorę telefon i dzwonię na pogotowie. W pierwszym momencie boję się, że usłyszę dziwnego lektora z poprzedniego świata, ale wszystko działa jak powinno. Mimo tego i tak niezbyt wiem, co mówię. Automatycznie powtarzam wszystko czego uczyli mnie na lekcjach edukacji dla bezpieczeństwa, po czym szybko się rozłączam i wręcz czołgam się do Hampusa z bezsilności.
Patrzy na mnie półprzytomnym wzrokiem. To jest straszne. Leży tak bezwładnie, że boję się go dotknąć. Jego powieki drżą, a gdy jedna mruga dwa razy pod rząd, przechodzi mnie dreszcz.
- Hampus, słyszysz mnie? – pytam panicznym głosem.
Nie reaguje. Mam ochotę go przytulić. Zaczynam płakać.
- Hampie, spokojnie, wszystko będzie dobrze – zapewniam go, choć nawet nie jestem pewna, czy mnie słyszy – Będzie dobrze.
Przypominam sobie, że nadal jesteśmy na ulicy, gdy przed nami zatrzymuje się jakiś samochód. Kierowca wysiada i kieruje się do nas, chyba chce pomóc.
Dokładnie w tym momencie mrugam i gdy już drugi raz otwieram oczy, siedzę na krześle w szpitalu, obok łóżka, na którym leży Hampus. To najdziwniejsze, co kiedykolwiek przeżyłam. Pamiętam, co się działo i co robiłam, ale wiem, że tak naprawdę w tym nie uczestniczyłam. Jednocześnie decyzje, które podejmowałam, są dokładnie takie, jakbym nad nimi nadzorowała.
To straszne.
Na stoliku obok łóżka stoi plastikowy kubeczek z wodą i drożdżówka w papierowym opakowaniu. Kupiliśmy ją razem z Leną i Manfredem. Pamiętam to, choć mnie przy tym nie było. Pamiętam również, że kupiliśmy też takie dla siebie. Ja nie potrafię teraz jeść, podobnie Manf, ale Lena musi, bo to jej pierwszy posiłek tego dnia. Siedzi obok mnie na drugim krześle i nie spuszczając wzroku z Hampusa wyjada z drożdżówki wiśnie.
Lena nie lubi lukru. Zazwyczaj wrzuca go do opakowania w stanie takim, że nikt nie chciałby go tknąć, lecz przy mnie tak nie robi. Teraz podsuwa mi drożdżówkę pod nos.
- Chcesz lukier? – pyta – Nielizany – dodaje zachęcająco.

***
Hampus
Wielki, wściekły jeż chodzi pod moją czaszką, próbując się wydostać przez tył mojej głowy. Prawdopodobnie cierpi na ADHD i z tej racji uderza miarowo młotkiem w górę mojego mózgu.
Zaraz. To nie ma sensu.
Zdaję sobie sprawę, że historia jeża jest tylko snem, gdy otwieram oczy i widzę sterylnie czysty sufit. Jestem w szpitalu, jeż jest w wyobraźni, a mnie po prostu zwyczajnie boli głowa. Chociaż boli to mało powiedziane.
Prawie nic nie pamiętam od czasu, kiedy przyjechała karetka, poza tym, że rzygałem gorzej niż kobieta w ciąży. Czuję się beznadziejnie, ale nie do końca umiem zdefiniować tą beznadzieję. Mam wrażenie, jakby coś wgniatało mnie w ziemię.
Gdy patrzę w lewo, zauważam jak wszyscy nieruchomieją. Manfred przestaje pisać na telefonie, Lena prawie wypuszcza drożdżówkę, a Aina zastyga z lukrem na ustach. To słodkie.
Aina otrząsa się pierwsza, podchodzi do łóżka i kuca przy nim, patrząc na mnie jak na złą ocenę ze szwedzkiego. Słabo mi. Ale nie mogę teraz zemdleć, nie mogę nawet zamknąć oczu. Widzę, że jest jej ciężko i nie mogę jej bardziej martwić.
- Przepraszam – mówi cicho.
Chcę ją zapytać, za co, ale głos więźnie mi w gardle. Ciężko przełykam ślinę, podczas gdy Manfred staje obok Ainy, i Lena, która zawsze jest z tyłu, zostaje za moim internatowym współlokatorem.
Gdy wreszcie udaje mi się wydusić z siebie pytanie, mój głos jest zachrypnięty i ledwo go słyszę. Lena wzdryga się na ten dźwięk. Chyba nawet wiem, o co chodzi. Opowiadała nam kiedyś o nocy, w której okazało się, że jej brat ma astmę i jak później siedziała przy nim w szpitalu. Pewnie zabrzmiałem tak jak on.
- Mogłam cię ostrzec, mogłam do cholery patrzeć na ciebie, wtedy byś tu nie leżał – mówi Aina na jednym wdechu. Nie chcę, aby się obwiniała. Z wysiłkiem kładę swoją dłoń na jej, aby wiedziała, że nie jestem zły.
- Daj spokój – mówi Manfred – Tak samo ja mogłem nie dzwonić.
- I ja mogłam nie poprawiać matmy – dodaje Lena.
Gdy tak ich słucham, czuję, że tego wszystkiego jest mi za dużo. Mój umysł zbyt wolno przetwarza to, co słyszę i już się w tym wszystkim gubię. Przez moment mam wrażenie, że chcę coś powiedzieć, ale po chwili już tego nie pamiętam. Zaczyna mnie to drażnić.
W tym momencie drzwi do sali, w której leżę, otwierają się i mój braciszek biegiem przemierza dzielący nas dystans.
- Hampus! – wrzeszczy, przytulając się do mnie niczym zbyt jasna małpa.
Mój oddech staje się jeszcze bardziej nierówny niż przedtem.
- Nikolaus! – tuż za nim do pomieszczenia wpada mama, która najwyraźniej znów jest na niego zła – Zostaw go w spokoju!
Tata wchodzi do sali w towarzystwie lekarza, który patrzy na mnie fachowym okiem, przez co aż się wzdrygam.
Rany. Ile ludzi. Mam dość. Wyjdźcie wszyscy.
No może niech Aina zostanie.
- Przepraszam cię – mówi do mnie mama, wskazując na Niko wzrokiem – Miał zostać z babcią, ale płakał tak bardzo, że wymusił.
Chcę coś odpowiedzieć, ale zanim formuję tekst w głowie, odzywa się lekarz, którego mój brat gorączkowo o coś wypytuje.
- Spokojnie, proszę państwa, to jest tylko wstrząs mózgu.

Gdy wszyscy sobie jadą, robi się zupełnie cicho. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że nie ruszyłem się ani o centymetr, odkąd jestem w szpitalu. Chcę się przełożyć na bok, ale nie mam na to siły. Wygląda na to, że moim największym osiągnięciem pozostanie poruszenie ręką.
Mój telefon jest tak popękany, że prawie dogania rozwalonego iPoda Leny, w którym przód pękł tak, że było widać mechanizm, a gdy zakrywała palcem głośnik, dźwięki nadal wydobywały się przez ową dziurę. Szkoda mi go, bo rodzice nie mają pieniędzy na nowy i nie wiem, czym będę teraz kręcić filmy.
Chcę napisać do Ainy, ale nie mogę, bo lekarze zabronili mi zbytnio nadwyrężać wzrok, a na ekranie we wzór pajęczyny raczej łatwo niczego nie dojrzę. Mimo tego mam ochotę z nią pogadać.
Odkąd mieszkam w Sztokholmie, moje relacje z Ainą są lepsze niż z Leną. Może to zasługa tego, że co piątek jedziemy razem pociągiem i zasypiamy na sobie w drugiej godzinie podróży, a może tego, że jak czasem siedzimy razem o późnej godzinie w domu któregoś z nas, mówimy sobie za dużo.
W każdym razie w towarzystwie Ainy czuję się jak w domu, nie tym materialnym, tylko tym prawdziwym. To jest już dla mnie normalne, że ona wie prawie wszystko, i wręcz mi się to podoba. Chcę, żeby tak było.
Z zamyślenia wyrywa mnie nagły dźwięk wibracji wyciszonego telefonu. Patrzę na wyświetlacz. Numer nieznany. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać, ale chyba lepiej odebrać.
Zanim zdążę powiedzieć chociażby „halo” słyszę niski, chropawy, podpadający pod elektronicznie zrobiony głos.
Most nad Göta älv.
- Co? – to jedyne, co udaje mi się po chwili wymówić.
Lewa strona. Rzeka. Cztery metry…
- O co chodzi?
Głos nic sobie ze mnie nie robi, mówi dalej, jakbym wcale się nie odezwał.
…głębokości. Przeciętny człowiek wytrzymuje półtorej minuty pod wodą bez zaczerpnięcia oddechu.
Rozłączam się. Nie mam pojęcia, kto wpadł na tak głupi pomysł, żeby stworzyć maszynę, która dzwoni do ludzi i straszy. Odkładam telefon na szafkę przy łóżku i ciężko opadam na poduszkę. Wszystko mnie boli.
Nie mija minuta, a telefon znów wibruje. Gwałtownie odwracam ku niemu wzrok. Tym razem to nie połączenie, a wiadomość. Z ulgą zauważam, że od Ainy. Odblokowuję urządzenie i czytam.
Zdrowiej tam. Musisz szybko wracać do internatu, mam pilną sprawę do Ciebie i Leny.
Niby nic szczególnego, ale raptem wydaje mi się, że gdy siedziała jeszcze w szpitalu, miała jakiś problem, którym nie byłem tylko ja i mój wstrząśnięty mózg. Wmawiam sobie, że przecież nic złego się nie dzieje.
Ale jakoś tak automatycznie, bezwolnie zaczynam się czuć dziwnie nieswojo…

niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział 1

Aina
Gӧteborg to nie Sztokholm, ale czuję się tu jak w domu. Cała moja szkoła, do której od początku wiedziałam, że chcę iść, ci przyjaciele, ta atmosfera – to wszystko sprawia, że mi tu dobrze. Nie mam tego uczucia, jakbym coś za sobą zostawiła i to nie dlatego, że co piątek wracam do domu pociągiem. Moje życie w domu w połączeniu z tym w internacie dopiero razem łączy się w idealną całość.
Hampus, pochodzący z Värmland, bardziej przeżywał przeniesienie się do nowego miasta, bo, jak uważa, różnica jest diametralna. Porównuje to tak, że jeżeli zadzwonisz po pizzę w Gӧteborgu, to zaczną pytać, z czym ją chcesz, a jak zadzwonisz po pizzę w Värmland, to powiedzą, że owszem, przywiozą, ale może za tydzień.
No oczywiście największą różnicę odczuwa Lena. Pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ale pewnego dnia uznała, że tak bardzo nie pasuje do swojej rodziny, że musi się od niej odizolować. Skoro chciała pokazać dorosłym w jej rodzinie, że potrafi być samodzielna, to w sumie ją rozumiem. Tylko jednego nie potrafię pojąć. Jak ona mogła zostawić swojego starszego brata? On ma takie piękne ubrania, że na miejscu Leny zamieszkałabym w jego szafie.
Nasza trójka przyjaźni się od dwóch i pół roku. W tym czasie wszyscy w trójkę się odwiedzaliśmy, byliśmy przez dwa tygodnie w te wakacje u Leny, tydzień u mnie i pięć dni u Hampusa – tak mało, bo wstydził się tego, na jakim „wypierdziszewie” mieszkał. Teraz przeniósł się do Sztokholmu i denerwuje tym swojego współlokatora z internatu.
Mój przyjaciel lubi zimę, która właśnie w Gӧteborgu się kończy. Jest luty i już prawie cały śnieg stopniał, ale Hampus upiera się, że to „jego czas w roku”. Urodziny ma w grudniu, i dlatego uważa się za coś w stylu zimowego dziecka.
Dzwoni telefon Hampusa. Zaciskam dłonie w pięści, nie ze złości, ale w jakiejś głupiej nadziei, że pomoże to spełnić moje życzenie, które wypowiadam w myślach.
Niech to nie będzie Manfred, proszę, nie Manfred, tylko nie Manfred.
- O, Manfie! – Hampus uśmiecha się na widok imienia jego współlokatora wyświetlanego na ekranie telefonu i odbiera.
Przewracam oczami. Manfred denerwuje i mnie i Lenę. Jest z typu tych ciągle fajnych, modnych, robiących sobie selfie co pięć minut i wcinających się w emocjonującą rozmowę w najmniej odpowiednim momencie.
Wbijam wzrok w ziemię podczas gdy idziemy dalej. Rany, Lena mogła pójść z nami, ale musiała zostać godzinę później w szkole, aby poprawić po raz czwarty pracę klasową z matematyki. Pewnie jest w tym momencie tak samo zła jak ja. Kiedyś połamała swój długopis widząc, jak dziwne pytanie było na klasówce. Ja powinnam w tym momencie połamać telefon Hampusa.
Chwila, moment. Czy oni właśnie gadają o żelkach fasolkach? Ja kiedyś szału dostanę.
Hampus wyprzedza mnie, gdy przechodzimy przez most. Idę za nim, wpatrując się w jego buty – nic lepszego nie mam do roboty. Drogę do sklepu znam na pamięć nawet, jeżeli patrzę tylko na chodnik.
Jutro praca klasowa z angielskiego i trzeba zrobić zadanie na szwedzki. W sumie to praca klasowa nie jest aż taka straszna, w porównaniu do wypracowania, jakie zadał nam pan Fredagsson. Muszę zająć myśli tym, co napiszę, aby nie zdenerwować się na Hampusa jeszcze bardziej. Już wystarczająco wyprowadza mnie z równowagi.
Słyszę pisk opon i zamiast spojrzeć, co się dzieje, ze strachu zamykam oczy. Do moich uszu dociera huk i wtedy przytomnieję. Otwieram oczy i wtedy zaczyna mi się kręcić w głowie.
Samochód. Przerażony kierowca. Zbity reflektor, tablica rejestracyjna na ulicy. Ulica. Krew. Hampus. Hampus na ulicy. Krew na jego twarzy. Jego drżąca powieka, bezwładne ciało. Zbita szybka telefonu leżącego pół metra od jego ręki. Cisza.
Słabo mi. Mój przyjaciel leży na ulicy, a ja nie mogę się ruszyć. Wokół nie ma nikogo. Nie potrafię nawet kiwnąć palcem. Przerażenie mnie obezwładnia.
Samochód omija Hampusa i jedzie dalej, a ja wciąż stoję w jednym miejscu. Cholera jasna, mój Hampus! Ta krew. O Boże.
Udaje mi się zakryć usta dłonią, zanim czuję obezwładniające osłabienie. Kucam przy ziemi z nadzieją, że nie zemdleję. I wtedy film mi się urywa.

Przytomność wraca tak szybko, iż można powiedzieć, że aż uderza. Za gorąco tu.
Otwieram oczy. Chyba coś mi się śni. Nic nie widzę. Przede mną ciemność, nieprzenikniona ciemność, bez śladów światła, bez śladów kształtu czegokolwiek.
A, nie. Jednak nie. Po lewej stronie coś jest. A nawet coś i ktoś. Stolik i łóżko, na którym ktoś siedzi.
Gdzie ja jestem?
Zaczynam się przypatrywać człowiekowi, którego widzę. Jest tu tak ciemno, że rozpoznaję jedynie sylwetkę. Ubrania wiszą na tym kimś jak na wieszaku, kaptur bluzy nakładanej przez głowę opada na jego plecy, spodnie, mimo że rurki, i tak są za luźne, a trampki do kostek wyglądają na solidniejsze od ich właściciela.
Nie mam szans zobaczyć jego twarzy, bo zakrywają ją potargane włosy trochę krótsze niż do ramion. Ma tak wąskie ramiona, że gdyby nie płaska klatka piersiowa, pomyślałabym, że to dziewczyna.
Ale nie. To jest chłopak.
Raptem wszystkie wspomnienia sprzed utraty świadomości powracają. Hampus, samochód, wypadek, przerażenie. O rany. Mój Hampus. Co się z nim stało? Czy ktoś mu pomógł? Czy ktoś zabrał go i mnie do tego miejsca, w którym teraz jestem? Czy jesteśmy bezpieczni?
Boję się. Wstyd mi to przyznać przed samą sobą, ale boję się tak, że w pewnym momencie zaczynam płakać. Łzy niekontrolowanie spływają mi po policzkach i denerwuje mnie to. Nie obchodzi mnie, co pomyśli sobie nieznajomy, siadam i przyciągam kolana do klatki piersiowej, chowam twarz w dłoniach. I po prostu płaczę.
W tym czasie tysiąc myśli na sekundę przelatuje przez moją głowę. Wszystkie sprowadzają się do jednej podstawowej obawy, o przyjaciela, o siebie, o nas, o wszystko, co dzieje się wokół. Dezorientacja nie pozwala mi się skupić. Nie potrafię logicznie skojarzyć, co mogło się wydarzyć. Panika przejmuje mój umysł.
Czuję dotyk, ktoś obejmuje mnie ramieniem. Z pewnością jest to ten chłopak, który jako jedyny przebywa ze mną z tym dziwnym pomieszczeniu. Obejmuje mnie delikatnie, jakby się bał, że zaraz się odwrócę i go pobiję.
Podnoszę wzrok na jego twarz. Nie widzę go dokładnie, ale wiem, że nie grzeszy urodą. Nie obchodzi mnie to. Ma w sobie coś dobrego. W końcu nie każdy, kto raptem spotka histeryzującą siedemnastolatkę tak zareaguje.
- Podałbym ci chusteczki, ale tam, gdzie one są najbardziej potrzebne, tam ich nie ma – mówi nieznajomy po angielsku.
Po angielsku. Mój niepokój się nasila. Gdzie ja do cholery jestem?
- Dlaczego akurat tutaj są potrzebne? – przecież od paru minut wcale nie mam jednego pytania w głowie, mogę zadawać inne bezsensowne.
- Tak wyszło – chłopak wzrusza ramionami – Skąd jesteś? – pyta. Pewnie wyczuł szwedzki akcent.
- Ze Sztokholmu – odpowiadam powoli – A ty? – rewanżuję się pytaniem.
- Z Chicago.
Z Chicago. O matko, gdzie ja jestem, że spotykam tutaj nieznajomego chłopaka z Ameryki, który wydaje się nie być zdziwionym tym, co się dzieje?
- Jak to? – nie mam kontroli nad tym co mówię.
- Normalnie.
- Gdzie my jesteśmy? – udaje mi się wreszcie wypowiedzieć to na głos.
- Zadajesz zbyt trudne pytania.
Po chwili zupełnie się od siebie odsuwamy, chłopak siada tak jak ja, ale opiera się plecami o ścianę. Wygląda, jakby zastanawiał się, co ma teraz zrobić. Najwyraźniej czuje się tak samo niezręcznie jak ja, gdyż nie patrzy na mnie. Wplata palce jednej dłoni w swoje loczki i zaczyna oplatać sobie pojedyncze kosmyki na palcu.
Nie ma mowy. Nie odezwę się pierwsza.
- Tim – wyciąga do mnie dłoń, przedstawiając się; dobry pomysł, fajnie wiedzieć imię tego, z którym utknęłam w tej beznadziei.
- Aina – uścisk dłoni jest dziwny, po tym, jak mnie przytulił.
- Będzie dobrze, Aina.
Jasne. Łatwo mówić. Jak ma być dobrze, skoro Hampus miał ten straszny wypadek i w sumie nawet nie wiem, czy przeżył, a do tego jestem w jakimś dziwnym miejscu, z którego nie widzę wyjścia?
- Nie rozumiesz – mówię – Znalazłam się tutaj po tym, jak mojego przyjaciela potrącił samochód. To było straszne! Trzęsłam się z przerażenia, a potem ocknęłam się tu! To jest chore, muszę go znaleźć, o ile on w ogóle jeszcze żyje! – gdy wpadam w coś w rodzaju transu, nie potrafię powstrzymać słów, jakie cisną mi się na usta, mimo że widzę, jak mój nowy znajomy wzdryga się ze strachu – Nie wyobrażasz sobie nawet, jakie to okropne uczucie, gdy widzisz kogoś tak dla ciebie bliskiego leżącego na ziemi z krwią na twarzy i boisz się o jego życie!
Tim chyba niekontrolowanie wykonuje ruch przypominający odruch zasłonięcia sobie uszu. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że nie powinnam była tak w niego uderzać moimi przeżyciami.
- Rozumiem cię o wiele lepiej, niż myślisz – to jego jedyne słowa na mój cały wielki wykład.
Chłopak wstaje i opiera się o ścianę za stolikiem. Pochyla głowę tak, że włosy zakrywają prawie całą jego twarz, przez co nie mogę zobaczyć, czy go uraziłam. Pewnie w tej ciemności i tak nic bym nie dojrzała. Nie widzę nic poza tym, że drżą mu ręce.
- Słuchaj, Aina, musisz stąd jak najszybciej wyjść – mówi.
Patrzę na niego zdziwiona. Też bym chciała się stąd wydostać, ale byłabym wdzięczna, gdyby pokazał mi, jak. Przecież tu nie ma drzwi.
- A pomożesz mi? – pytam cicho.
Tim staje na łóżku i sięga do sufitu. Widzę, jak w pomieszczeniu pojawia się klapa, która wcześniej kryła wyjście.
No super. Jak ja tam dosięgnę?
Tim skacze i łapie się górnej części klapy, po czym próbuje się podciągnąć. Po chwili widzę już tylko jego nogi, a potem zostaję w pokoju sama.
Poszedł sobie?
Nie rozumiem, jak on to zrobił. Przecież jego ręce to dwa cienkie patyki, jak on się podciągnął na takim czymś?
Po chwili pokryta kołtunami głowa wychyla się i patrzy na mnie z wyczekiwaniem. Chłopak wyciąga rękę do przodu, jakby wierzył w to, że pomoże mi wyjść.
- No chodź – ponagla mnie.
- Co ja mam zrobić? – pytam zdziwiona.
- Podejść tu… - odpowiada zniecierpliwiony.
Co on chce zrobić? Zabrać mnie na jakiś strych, a potem zostawić na pastwę myszy?
Dobrze, że nie jestem babcią Leny. Ona by od razu miała w głowie wizje porwania i zgwałcenia.
Nie mam innego wyjścia, muszę mu zaufać, choć nie chcę. Najbardziej beznadziejne jest to, że jestem sama, a jedynym, który może mi pomóc, jest jakiś dziwny kudłacz.
Staję na łóżku i patrzę w górę. Słabe światło z korytarza pada na twarz Tima, przez co zwracam uwagę na jego oczy. Są dwukolorowe. Prawe brązowe, lewe niebieskie. Tak bardzo niebieskie, że aż przypomina oczy Hampusa.
Te piękne oczy, które kocham nad życie i być może leżą gdzieś zawiązane w czarnym worku.
Nie. Nie myśl tak.
Dłonie Tima są bardzo ciepłe w porównaniu do moich lodowatych i nie mam pojęcia jakim cudem są tak silne, aby pomóc mi wydostać się na powierzchnię. Dopiero potem zdaję sobie sprawę, że gdy oparł się całym ciałem o podłogę, nie potrzebował wielkiej siły, aby mnie podciągnąć.
Na powierzchni wcale nie jest lepiej niż tam na dole. Korytarz jest długi i jedynie oświetlony samotną żarówką bez żadnej lampy, która miga i w tym momencie nie świeci. Opieram się o ścianę i obserwuję wszystko z zadziwieniem. To niby pusty korytarz, ale trochę mi tego wszystkiego za dużo.
Chłopak zamyka klapę i wzrokiem nakazuje mi iść za sobą. Trochę się boję. Nie wiem, co jest bardziej przerażające; ten korytarz, czy fakt, że Tima nic nie przeraża.


Podążając za nowym znajomym – a może jednak jeszcze nieznajomym – czuję się jak w transie. Przez chwilę mam wrażenie, że nadal płaczę, ale tylko mi się wydaje. Mimo tego słyszę szloch. Jakaś dziewczyna siedzi przy ścianie na rogu korytarza. Gdy orientuje się, że to ona płacze, Tim już kuca przy niej i kładzie rękę na jej ramieniu. Boję się tego, odsuwam się dalej, nie chce mieć nic wspólnego z tym, co się teraz dzieje.
Rozmawiają o czymś pospiesznie, jakby ktoś mierzył im czas. Nie słucham słów, nawet nie chcę wiedzieć, o czym mówią, bo obawiam się, że mogłabym się tego jeszcze bardziej przestraszyć. Ale w pewnym momencie do moich uszu dociera łagodny, cierpliwy głos Tima.
- Wiem, że szukasz odpowiedzi, ale one nie znajdują się w twoim nadgarstku…
Nadgarstek. Zaraz, ona chyba się cięła. Na pewno się cięła. A skoro tak, to…
Nagle umysł wypełnia mi przerażająca wizja tego, gdzie mogę się znajdować. To przecież wygląda na psychiatryk. Jestem prawie pewna, że to psychiatryk. Mogli mnie przecież do niego odesłać, skoro tak zareagowałam na wypadek. Może tylko chcieli mnie zbadać i zostawili mnie w sali z byle kim?
Wtedy czuję, jak coś mrozi mnie od środka. A co jeżeli Tim to wariat? Co, jeśli zaprowadzi mnie do jakiegoś dziwnego miejsca i naprawdę mi coś zrobi? Jest mały jak na faceta, ale dziwnie silny. Może bierze jakieś leki i to dlatego?
Cholera jasna. Nie wiem co mam robić. Boję się uciekać, bo obawiam się, że zaczną mnie gonić. Co, jeżeli zrobię jakiś nieodpowiedni ruch i u nich włączy się jakiś brak piątej klepki, zwiążą mnie, przyprawią, usmażą, zjedzą…
Stop.
Skoro Tim do teraz nic mi nie zrobił, to najwyraźniej jest niegroźny. Jeżeli na serio jest z nim coś nie tak, to przecież mam nad nim przewagę – myślę racjonalnie. Mogę go wykiwać. Powinnam poczekać, aż mnie gdzieś zaprowadzi i jeżeli wyczuję coś niepokojącego, to dopiero wtedy zwiewać. Tak. To mądre.
Dziewczyna odpycha Tima od siebie, po czym wstaje i już ma od niego uciec, gdy on łapie ją za rękę. Wtedy zaczynam się go porządnie bać. Kucam przy ścianie i udaję, że na nich nie patrzę. Mówią o czymś nerwowo, szarpią się. Chłopak próbuje być spokojny.
Nagle, tuż przede mną, na podłodze otwiera się kolejna klapa. Jakaś ręka pojawia się na zewnątrz. Odsuwam się i wtedy czuję dziwne pragnienie zerwania się do biegu. Ale nie mogę. Boję się teraz biec.
Z pomieszczenia na dole wychodzi chłopak, mniej więcej postury Tima, ale trochę wyższy, a jego blond włosy, mimo że króciutkie, przypominają mi Hampusa. Mam ochotę się rozpłakać, ale on najwyraźniej też. Jednak jego wzrok wędruje na dziewczynę, która tym razem nieruchomieje pod jego spojrzeniem.
- Odwal się od niej – syczy chłopak, patrząc na mojego nowego znajomego. Zaczyna się do nich zbliżać w niepokojąco szybkim tempie.
- Spokojnie – Tim unosi ręce do góry, w geście „to nie moja wina”.
Rozprostowuje palce u lewej dłoni i podsuwa ją chłopakowi pod twarz. Nie widzę dokładnie, co tam jest, ale chyba żyletka. Dziewczyna staje się coraz bardziej niespokojna, mam wrażenie, że teraz już naprawdę im ucieknie, ale zdenerwowany chłopak łapie ją za dłoń. Wtedy patrzę na jej drugą rękę. Spływa po niej krew.
Chłopak szybko wyrywa Timowi z dłoni przedmiot i ciągnie dziewczynę za sobą. Kudłacz patrzy za nimi, jakby miał coś jeszcze do powiedzenia.
- Tu masz nową, zajmij się nią – blondyn wskazuje mu na mnie i otwiera klapę.
Dziewczyna wchodzi pierwsza. Tim nabiera powietrza, aby się odezwać, ale finalnie się powstrzymuje. Chłopak siada przy klapie i opuszcza nogi w dół.
- Lucas – Tim zdobywa się, aby coś powiedzieć, gdy blondyn patrzy na niego bez sympatii – Uważaj… na was.
- Och, spieprzaj – Lucas znika w pomieszczeniu.
- Chodź – szybko mówi do mnie Tim; skręcamy w lewo i zaczynamy się kierować kolejnym ciemnym korytarzem.
Ta cała scena jeszcze bardziej pierze mi mózg. Skoro to jest psychiatryk, to gdzie są jacykolwiek lekarze? Dlaczego nikt nie zabrał tej dziewczynie żyletki? Dlaczego jacyś dwaj dziwni chłopacy muszą dbać o bezpieczeństwo samo okaleczającej się dziewczyny?
Docieramy do drzwi. Są z metalu, jest w nich małe, wąskie okienko, do którego mój wzrok nie dosięga, ale widzę, że wpada przez nie jasne światło. To jedyne, co oświetla korytarz, bo nie ma w nim nawet bujającej się na kablu żarówki.
Tim opiera się o ścianę, mierząc mnie wzrokiem. Gdy dorobiłam sobie do jego zachowania te wszystkie dziwne historie, jego oczy już nie są dla mnie takie piękne – one mnie przerażają. Sugerują, jakby chłopak był dwulicowy. Jakby miał dwa oblicza, jedno, które mi pokazuje i drugie, które tylko on zna. Boję się.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie – mówi.
Mam zamiar słuchać uważnie, ale jeszcze bardziej skupiam się na tym, aby go rozgryźć. Nie potrafię zrozumieć, co z nim jest nie tak. Jego głos wydaje mi się dziwnie hipnotyzujący; wysoki jak na faceta, ale przyjemny. Nie wygląda na posiadacza takiego głosu. Sprawia wrażenie, jakby był on mu podkładany, jak w filmie.
Chyba jestem przewrażliwiona. Ale przynajmniej czujna.
- Otworzę drzwi i wybiegnę pierwszy, ale ty później mnie wyprzedzisz. Na wprost nas będą drzwi, które pchniesz aby je otworzyć a ja zamknę je najszybciej jak się da. Nie możemy się ociągać, musimy naprawdę szybko biec, bo tu jest niebezpiecznie.
- Dlaczego?
- Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie.
- Nie ufam ci.
Tim wzrusza patykowatymi ramionami. Wygląda na zrezygnowanego.
- W sumie to też bym mi nie ufał na twoim miejscu.
Odwraca głowę w stronę korytarza i wtedy światło pada na jego kark. Po prawej stronie ma zaszytą ranę. Wygląda na postrzałową, ale moja jedyna wiedza na ten temat pochodzi z filmów kryminalnych, więc nie jestem pewna.
Przechodzi mnie dreszcz. On powinien mieć na tym opatrunek! To musi być wariat.
- Gdybym zaczął ci to teraz tłumaczyć, uznałabyś mnie za psychola i uciekła w podskokach – mówi w końcu.
Wybacz, ale już cię za takiego uznaję – prawie mówię to na głos.
- Krótko mówiąc, jesteś w innym świecie, a za tamtymi drugimi drzwiami znajduje się z niego wyjście – wyjaśnia z poważną miną.
W tym momencie w głowie zapala mi się kontrolka. Odwracam się i zaczynam biec, ale Tim łapie mnie za ręce i przyciąga z powrotem do ściany, mimo, że się szarpię. Zaczynam krzyczeć. Nie mam szans, ale i tak próbuję się wyrwać.
- Puść mnie! – panika brzmi w moim głosie jeszcze bardziej niż myślałam – Zostaw! Idź sobie poszukaj innej ofiary, masz tu ich tyle!
- Przestań się drzeć – tym razem jego głos jest niższy; operuje nim tak umiejętnie, że to budzi we mnie jeszcze większą grozę.
Jakaś dziewczyna wychyla się zza klapy niedaleko nas. Krzyczę do niej, aby mi pomogła, ale ona tylko patrzy na Tima i jakby uspokojona, wraca do swojego „pokoju”. Szarpię się jeszcze bardziej, ale to tylko wzmaga siłę jego uścisku.
- Wysłuchaj mnie przez chwilę – mówi, patrząc mi prosto w oczy.
- Nie będę cię już słuchać! – nawet nie mam kontroli nad mową.
- Weź swój telefon – opiera mnie o ścianę i przysuwa się tak blisko, że nasze czoła prawie się stykają – Zadzwoń do kogoś, komu ufasz. Powiedz mu, że trzyma cię jakiś psychiczny facet i potrzebujesz pomocy.
Patrzę na niego z przerażeniem, ledwo oddycham. Jego spojrzenie nadal jest stanowcze, ale trochę się ode mnie odsuwa. Mimo tego czuję jego oddech na swojej skórze. Nie mogę już racjonalnie myśleć. Obserwuję oczy Tima – nie wyglądają na oczy chorego psychicznie. W jego spojrzeniu dostrzegam jedynie gniew, który jeszcze bardziej mnie przeraża.  Dopiero po chwili odzyskuję jasność umysłu.
Telefon. Dlaczego o nim nie pomyślałam? Ale dlaczego on mówi, że mam z niego skorzystać? Czyżby wpłynął na niego jakoś, że teraz…
Aina, uspokój się.
Drżącą ręką sięgam po telefon, starając się nie myśleć o tym, że wściekły chłopak przyciska moją drugą dłoń do ściany. Boję się znaleźć numer. Boję się, że Tim wyrwie mi przedmiot z ręki i go zniszczy.
Lecz on nawet się nie rusza, jedynie dyszy ciężko, jakby to on był przerażony. Nie wiem, do kogo zadzwonię, dopóki nie odblokowuję telefonu.
"Tata :)".
Wybieram numer i trzęsąc się ze strachu, przykładam słuchawkę do ucha, cały czas bacznie obserwuję Tima, kontrolując, czy nic mi nie zrobi.
Słysząc głos w słuchawce, zamieram.
"Jeżeli chcesz skontaktować się ze światem rzeczywistym, przenieś się do niego lub znajdź się w pobliżu".
Po chwili ten sam komunikat jest powtarzany po angielsku, a wtedy czuję, jak Tim puszcza moją rękę. Już wtedy nie mam siły od niego uciekać. Nie mam siły nawet stać. Osuwam się na ziemię, a telefon wypada mi z ręki. Chłopak kuca obok mnie, kończąc połączenie i blokując urządzenie.
Nie potrafię teraz na niego spojrzeć. Do mojego umysłu dociera, że miał rację, że coś dziwnego się dzieje, a on jest zdrowy, albo przynajmniej nie psychiczny. Złość na niego mi przechodzi, ale dalej się boję. Po raz kolejny chce mi się płakać. I jest mi głupio. Przede mną jest normalny człowiek, który musiał się poczuć urażony, który tkwi w tej beznadziei tak samo niewinny jak ja.
- Próbuję ci pomóc – mówi cicho – Przepraszam, że cię złapałem. Nie chciałem abyś pobiegła do jakiegoś miejsca, w którym mogłoby ci się coś stać.
- To ja cię przepraszam – głos mi drży i naprawdę zbiera mi się na płacz  – Oceniłam cię bezpodstawnie.
- Ej, nie płacz – wtedy patrzę w jego oczy, są smutne, typowo smutne – Też płakałem, jak tu trafiłem. Nie pomaga.
- Ile czasu tu jesteś? – pytanie, w momencie w którym pojawia się w mojej głowie, wystrzeliwuje mi z ust.
- Jakiś miesiąc – znów wzrusza kościstymi ramionami.
- Dlaczego tyle?
- Żeby stąd wyjść, trzeba być szczęśliwym.
Po wielkiej fali współczucia, jaką do niego poczułam, nagle obawy ponownie wracają. Niby udowodnił mi, że mówi prawdę, ale to wszystko jest chore, chore bardziej niż umysł mojej macochy.
- Chodź – ponagla mnie, zanim znów zaczynam panikować – Może to myślące więzienie w rekompensacie za to, że nie wypuszcza mnie, da wyjść tobie.




Cztery sprawy:
1. Pasuje długość?
2. Czy ktoś zauważył, że prolog, który wstawiłam, był moim najdłuższym prologiem ze wszystkich blogów?
3. Pozory mylą?
4. Niektórzy nie mają pojęcia o czym będzie to opowiadanie. Odsyłam do zwiastuna w pierwszym poście. Napracowałam się jak cholera, a zobaczyły go trzy osoby. Jakby ktoś zwrócił uwagę, to byłoby fajnie.

sobota, 5 listopada 2016

Prolog

Lena
Gdy tylko blondyn otwiera drzwi, wielki husky rzuca się na niego. Chłopak wyciąga ręce, a pies kładzie na nich łapy i szczeka radośnie. Siedemnastolatek śmieje się, z trudem utrzymując równowagę z wielkim zwierzakiem opierającym się o niego, po czym kuca obok psa i przytula go, a ten liże go po twarzy. 


- I tak właśnie odwdzięcza się wychowany od szczeniaka pies – komentuje Aina – Daj spokój, Hampus, jestem zazdrosna!
- Och – chłopak robi jeszcze bardziej uroczą minę niż przy przytulaniu psa, odsuwa się od husky’ego i przytula moją przyjaciółkę.
- Ale ja jestem zazdrosna o Pixela… - mówi blondynka.
Moi przyjaciele zaczynają się kłócić o należącego do Ainy psa, a ja, nie wiedzieć czemu czując się u niej jak w domu, idę do kuchni po coś do picia.
W pomieszczeniu przy stole siedzi Krister, trzynastoletni brat Ainy. Ma słuchawki na uszach i wpatruje się ze skupieniem w laptopa. Zastanawiam się, czy w ogóle zauważył, jak wchodziliśmy do domu.
Światło pada na chłopca tak, że jego jasne włosy wydają się wręcz białe. Mam ochotę poczochrać tę jego czuprynę, ale wyobrażam sobie, jak się przestraszy, więc tylko sięgam po wodę.
Opieram się o szafkę i patrzę przez okno, podziwiając widoki w Sztokholmie. Tęsknię za moją rodzinną Kalifornią, ale Szwecja też jest cudowna.
Tylko te imiona. Jak można nazwać chłopaka Ӧrjan, albo jeszcze lepiej, dziewczynę: Gunvor? W sumie, to nawet imię Hampus mi się nie podoba. Im dłużej przebywam w Szwecji, tym bardziej doceniam to, że mama nazwała mnie Leną.
Kłótnia Ainy i Hampusa przenosi się do kuchni, co łączy się z doprowadzeniem Kristera do minizawału w jakimś cichszym momencie piosenki na jego słuchawkach. Na tym się nie kończy, bo po ścianie przechadza się pająk, o czym dowiadujemy się po zdecydowanie niemęskim krzyku Hampusa.
W sumie, to nie wiem, jak Hampus idzie przez życie. Przecież on panikuje nawet, gdy jakiś mały owad przechadza się po jego dłoni. Kiedyś dziewczyna z naszej szkoły, Bea, położyła mu robaka na kanapce i o mało nie dostał zawału. Właściwie, to Aina ma to samo, tylko mniej to eksponuje. Gdy odstawia jakieś dziwne tańce na widok pająka, mówi, że to tylko niekontrolowana zmiana pozycji.
- Patrz, co znalazłam! – triumfalnie macha w powietrzu granatową koszulą w czarną kratę, którą najpierw zabrała mojemu bratu, a później o niej zapomniała.
Gdy Aina była u mnie w Kalifornii, myślałam, że nie wyjdzie z pokoju, a dokładniej z szafy Mike’a. Tak spodobały jej się jego koszule, że jedną jej pożyczył. Pomijając fakt, że dzieli ich co najmniej dwadzieścia centymetrów, przez co koszule Mike’a wyglądają na Ainie jak sukienki.
Tęsknię za moim bratem, ale nie tęsknię za resztą rodziny. Wyjechałam po to, aby za nimi zatęsknić.
Czego nie robię, to pretensje. Czuję się tam źle. Wolę być tu.
- Ledwo przyjechałaś, a już mam cię dość – stwierdza milutko Krister do swojej siostry – Chciałem jutro dodać nowy odcinek na youtube, ale go nie nagram z twoimi „patrz co znalazłam” – udaje głos dziewczyny – w tle.
- Och, jesteś youtuberem? – pyta Hampus chyba z nieudawanym zainteresowaniem – Ja też! Chodź, nagramy coś razem.
- Czy ty jesteś chociaż trochę popularny? – trzynastolatek przymruża oczy.
O jeny, jak on może być aż tak nieogarnięty?
- Ty, mały, uważaj sobie! – nasz przyjaciel krzyżuje ręce na klatce piersiowej z miną godną Grumpy Cata – Mam sto tysięcy subskrypcji! Masz szansę, która się już nie powtórzy! To jak?