Jasne
światło razi mnie w oczy, choć większy szok wywołuje świeże powietrze. Po raz
kolejny ogarnia mnie panika, czuję się jak owca zaganiana do zagrody nie przez
psa, a przez dinozaura, ślepego i wyposażonego w karabin maszynowy.
Pociski
przelatują niedaleko nas, przez chwilę czuję jak jeden ociera się o moje ramię,
ale nic mnie nie trafia. Jedyne czego jestem pewna, to że muszę się spieszyć.
Boję się ruszać, ale wiem, że muszę biec.
Nabój
przelatuje tuż przed moimi oczami, gdy wyciągam ręce przed siebie i uderzam
nimi drzwi, które z impetem uderzają w sąsiednią ścianę. Wpadam do
pomieszczenia i z rozpędu prawie upadam na schody tuż przede mną. Panika, która
towarzyszyła mi podczas biegu wcale mnie nie opuszcza, gdy odwracam się w
stronę zamkniętych drzwi.
Tim
opiera się o nie plecami, patrząc tępym wzrokiem w dół. Dopiero teraz widzę go
w pełnym świetle. Jest chudszy niż myślałam, a nawet ma lepsze nogi ode mnie. W
jednym jego trampku, tak jak w moim, jest pęknięta na pół podeszwa. Włosy ma w
takim nieładzie, że chyba szybciej da się zrozumieć matematykę, niż je
rozplątać. Ogólnie, chłopak wygląda dość… Osobliwie. Nie jest ładny. Ma przerwę
na środku brody, którą Lena nazywa drugą dupą. Przez moment mam wrażenie, że
nawet jego brwi są potargane.
Nie
odzywa się i stoi w bezruchu, dlatego nie robię niczego, tylko rozglądam się.
Nie mam pojęcia, co będę musiała robić, ale podejrzewam, że pójdę gdzieś po
tych schodach. Tylko nie wiem, gdzie one prowadzą. Patrzę do góry i nie widzę
sufitu pomieszczenia. Wszystko jest rozmazane, w pierwszej chwili zaczynam
panikować, że coś stało się z moim wzrokiem, lecz to nie moja wina. Tylko ten
jeden kawałek budynku jest rozmazany.
Jest.
Prawda?
-
Tim? – spoglądam na niego niepewnie.
-
Nie uciekaj, dobra? – pyta cicho.
-
Już mi udowodniłeś – odpowiadam lekko zgryźliwie. Nie chcę, aby traktował mnie
jak dziecko.
-
Jeżeli wejdziesz po tych schodach, to znajdziesz się w sytuacji, która działa
się przed tym, jak tu trafiłaś.
O
nie.
-
Nie da się inaczej? – pytam.
-
Nie – zaprzecza.
Okej.
Skoro nie, to nie. Dam radę. Muszę wrócić i pomóc Hampusowi, zadzwonić na
pogotowie, lub jakkolwiek inaczej wezwać lekarzy. Jeżeli jakoś mi się uda. Na
samą myśl o tym zaczynam się trząść.
-
Dobra. Skoro tylko wejść po schodach, to dlaczego stąd nie wyszedłeś? – pytam
kontrolnie.
-
Pokazać ci? – odpowiada pytaniem na pytanie.
Kiwam
głową.
Chłopak
wbiega na schody, a ja zaczynam zastanawiać się, czy może to ja zwariowałam od
tego wypadku. Nie mam pojęcia, co się dzieje.
Na
około czwartym schodku jakaś dziwna siła rzuca Tima na przeciwległą ścianę, w
którą uderza plecami i osuwa się po niej na ziemię.
I
w tym momencie zaczyna się jeden z największych dylematów mojego życia. Drzwi,
Tim, drzwi, Tim, drzwi, Tim, drzwi, Tim. Jestem między młotem a kowadłem. Nie
mogę stąd wyjść, bo pocisk na zewnątrz może mnie trafić. Mój nowy znajomy leży
pod ścianą prawdopodobnie nieprzytomny, więc nie mogę tu zostać, boję się, że
te dziwne schody coś mi zrobią.
Paranoja.
Chcę
uciekać. Chcę uciekać, ale mam wrażliwe serce i nie potrafię zostawić pewnie
potrzebującego pomocy chłopaka samego. Dlatego podchodzę do niego, kucam przy
nim, gdy on dalej nie reaguje.
-
Hej… - kładę rękę na jego ramieniu i nieruchomieję, gdy syczy z bólu.
A
jeżeli trzeba go gdzieś przenieść? Co ja zrobię?
-
Tim, co się dzieje? – pytam z paniką w głosie.
-
Spokojnie – syczy przez zęby – Tobie nic nie grozi.
Siadam
na podłodze z wrażenia. Nie chcę być świadkiem tego, jak jakiś dziwny budynek
znęca się na bezbronnym chłopakiem.
Ta
myśl sprawia, że patrzę na to zupełnie inaczej. Tim jest bezbronny, zupełnie
jak ja. Nie jest żadnym potworem, tylko zwyczajnym człowiekiem, którego też
musiało dotknąć jakieś nieszczęście, i którego najwyraźniej teraz bardzo mocno
bolą plecy.
Otwiera
oczy – są załzawione od bólu. Ciężko przełyka ślinę, widać to po jego wyraźnie
odznaczającym się jabłku Adama.
-
Rany, Tim, bardzo cię boli? – pytam, a panika znowu wraca.
-
Tak – odpowiada – I chyba popękały mi żebra.
-
A… Możesz się podnieść? – spoglądam na jego spięte, drobne ramiona.
-
Nie mam siły – mówi cicho – Ale ty musisz iść, bo…
-
Nie! – to moja pierwsza, impulsywna reakcja – Nie pójdę. Boję się.
-
Tobie nic się nie stanie.
-
Skąd wiesz?
Myślę,
że zagięłam go tym pytaniem, podczas gdy przymyka oczy, jakby koncentrując się
na wyparciu bólu z umysłu.
-
Masz motywację – mówi wreszcie – Jak wyjdziesz, to uratujesz swojego
przyjaciela i będzie dobrze. To wszystko zależy od tego, co myślisz. Możesz o
tym pomyśleć optymistycznie. Im szybciej się tam znajdziesz, tym szybciej
będzie po wszystkim. Ja nie mogę tak myśleć, dlatego nie umiem wyjść.
Czyli
najwyraźniej muszę go posłuchać.
-
A co, jeżeli źle pomyślę?
-
To coś cię lekko odepchnie na poprzedni stopień – odpowiada, podnosząc na mnie
wzrok – Nie jesteś w takiej sytuacji jak ja. U ciebie jest jeszcze nadzieja. Ja
jej nie mam i dlatego dzieje się ze mną to, co widzisz.
Wstaję,
ale się waham. Teraz mam inny dylemat. Hampus, Tim, Hampus, Tim, Hampus, Tim,
Hampus, Tim.
No
oczywiście, że Hampus.
-
No, idź – ponagla mnie chłopak.
Staję
na pierwszym stopniu i odwracam się do niego na chwilę.
-
A co z tobą? – pytam.
-
Poradzę sobie – odpowiada cicho, tonem wcale nie sugerującym, że sobie poradzi.
Ale
Hampus jest ważniejszy.
I
tak powoli przemierzam te myślące schody, stopień po stopniu, pchana wizją
następnego tygodnia spędzonego miło z Hampusem, jakby nic złego się nie stało.
Może jego obrażenia nie są poważne. Może szybko wróci ze szpitala i będzie
dobrze. Musi.
W
pewnym momencie schody, na które cały czas patrzę rozmywają się i przez chwilę
widzę tylko oślepiającą biel, którą szybko zastępuje widok znajomego chodnika.
Chodnik
w Gӧteborgu.
Podnoszę
wzrok i wtedy znów uderza mnie ten obraz. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, jak
jest ciemno. Przechodzący obok obserwator nie zauważyłby od razu leżącego na
ulicy chłopaka.
Ale
ja go widzę.
Biorę
telefon i dzwonię na pogotowie. W pierwszym momencie boję się, że usłyszę
dziwnego lektora z poprzedniego świata, ale wszystko działa jak powinno. Mimo
tego i tak niezbyt wiem, co mówię. Automatycznie powtarzam wszystko czego
uczyli mnie na lekcjach edukacji dla bezpieczeństwa, po czym szybko się
rozłączam i wręcz czołgam się do Hampusa z bezsilności.
Patrzy
na mnie półprzytomnym wzrokiem. To jest straszne. Leży tak bezwładnie, że boję
się go dotknąć. Jego powieki drżą, a gdy jedna mruga dwa razy pod rząd,
przechodzi mnie dreszcz.
-
Hampus, słyszysz mnie? – pytam panicznym głosem.
Nie
reaguje. Mam ochotę go przytulić. Zaczynam płakać.
-
Hampie, spokojnie, wszystko będzie dobrze – zapewniam go, choć nawet nie jestem
pewna, czy mnie słyszy – Będzie dobrze.
Przypominam
sobie, że nadal jesteśmy na ulicy, gdy przed nami zatrzymuje się jakiś
samochód. Kierowca wysiada i kieruje się do nas, chyba chce pomóc.
Dokładnie
w tym momencie mrugam i gdy już drugi raz otwieram oczy, siedzę na krześle w
szpitalu, obok łóżka, na którym leży Hampus. To najdziwniejsze, co kiedykolwiek
przeżyłam. Pamiętam, co się działo i co robiłam, ale wiem, że tak naprawdę w
tym nie uczestniczyłam. Jednocześnie decyzje, które podejmowałam, są dokładnie
takie, jakbym nad nimi nadzorowała.
To
straszne.
Na
stoliku obok łóżka stoi plastikowy kubeczek z wodą i drożdżówka w papierowym
opakowaniu. Kupiliśmy ją razem z Leną i Manfredem. Pamiętam to, choć mnie przy
tym nie było. Pamiętam również, że kupiliśmy też takie dla siebie. Ja nie
potrafię teraz jeść, podobnie Manf, ale Lena musi, bo to jej pierwszy posiłek
tego dnia. Siedzi obok mnie na drugim krześle i nie spuszczając wzroku z
Hampusa wyjada z drożdżówki wiśnie.
Lena
nie lubi lukru. Zazwyczaj wrzuca go do opakowania w stanie takim, że nikt nie
chciałby go tknąć, lecz przy mnie tak nie robi. Teraz podsuwa mi drożdżówkę pod
nos.
-
Chcesz lukier? – pyta – Nielizany – dodaje zachęcająco.
***
Hampus
Wielki,
wściekły jeż chodzi pod moją czaszką, próbując się wydostać przez tył mojej
głowy. Prawdopodobnie cierpi na ADHD i z tej racji uderza miarowo młotkiem w
górę mojego mózgu.
Zaraz.
To nie ma sensu.
Zdaję
sobie sprawę, że historia jeża jest tylko snem, gdy otwieram oczy i widzę
sterylnie czysty sufit. Jestem w szpitalu, jeż jest w wyobraźni, a mnie po
prostu zwyczajnie boli głowa. Chociaż boli to mało powiedziane.
Prawie
nic nie pamiętam od czasu, kiedy przyjechała karetka, poza tym, że rzygałem
gorzej niż kobieta w ciąży. Czuję się beznadziejnie, ale nie do końca umiem
zdefiniować tą beznadzieję. Mam wrażenie, jakby coś wgniatało mnie w ziemię.
Gdy
patrzę w lewo, zauważam jak wszyscy nieruchomieją. Manfred przestaje pisać na
telefonie, Lena prawie wypuszcza drożdżówkę, a Aina zastyga z lukrem na ustach.
To słodkie.
Aina
otrząsa się pierwsza, podchodzi do łóżka i kuca przy nim, patrząc na mnie jak
na złą ocenę ze szwedzkiego. Słabo mi. Ale nie mogę teraz zemdleć, nie mogę
nawet zamknąć oczu. Widzę, że jest jej ciężko i nie mogę jej bardziej martwić.
-
Przepraszam – mówi cicho.
Chcę
ją zapytać, za co, ale głos więźnie mi w gardle. Ciężko przełykam ślinę,
podczas gdy Manfred staje obok Ainy, i Lena, która zawsze jest z tyłu, zostaje
za moim internatowym współlokatorem.
Gdy
wreszcie udaje mi się wydusić z siebie pytanie, mój głos jest zachrypnięty i
ledwo go słyszę. Lena wzdryga się na ten dźwięk. Chyba nawet wiem, o co chodzi.
Opowiadała nam kiedyś o nocy, w której okazało się, że jej brat ma astmę i jak
później siedziała przy nim w szpitalu. Pewnie zabrzmiałem tak jak on.
-
Mogłam cię ostrzec, mogłam do cholery patrzeć na ciebie, wtedy byś tu nie leżał
– mówi Aina na jednym wdechu. Nie chcę, aby się obwiniała. Z wysiłkiem kładę
swoją dłoń na jej, aby wiedziała, że nie jestem zły.
-
Daj spokój – mówi Manfred – Tak samo ja mogłem nie dzwonić.
-
I ja mogłam nie poprawiać matmy – dodaje Lena.
Gdy
tak ich słucham, czuję, że tego wszystkiego jest mi za dużo. Mój umysł zbyt
wolno przetwarza to, co słyszę i już się w tym wszystkim gubię. Przez moment
mam wrażenie, że chcę coś powiedzieć, ale po chwili już tego nie pamiętam.
Zaczyna mnie to drażnić.
W
tym momencie drzwi do sali, w której leżę, otwierają się i mój braciszek
biegiem przemierza dzielący nas dystans.
-
Hampus! – wrzeszczy, przytulając się do mnie niczym zbyt jasna małpa.
Mój
oddech staje się jeszcze bardziej nierówny niż przedtem.
-
Nikolaus! – tuż za nim do pomieszczenia wpada mama, która najwyraźniej znów
jest na niego zła – Zostaw go w spokoju!
Tata
wchodzi do sali w towarzystwie lekarza, który patrzy na mnie fachowym okiem,
przez co aż się wzdrygam.
Rany.
Ile ludzi. Mam dość. Wyjdźcie wszyscy.
No
może niech Aina zostanie.
-
Przepraszam cię – mówi do mnie mama, wskazując na Niko wzrokiem – Miał zostać z
babcią, ale płakał tak bardzo, że wymusił.
Chcę
coś odpowiedzieć, ale zanim formuję tekst w głowie, odzywa się lekarz, którego
mój brat gorączkowo o coś wypytuje.
-
Spokojnie, proszę państwa, to jest tylko wstrząs mózgu.
Gdy
wszyscy sobie jadą, robi się zupełnie cicho. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę,
że nie ruszyłem się ani o centymetr, odkąd jestem w szpitalu. Chcę się przełożyć
na bok, ale nie mam na to siły. Wygląda na to, że moim największym osiągnięciem
pozostanie poruszenie ręką.
Mój
telefon jest tak popękany, że prawie dogania rozwalonego iPoda Leny, w którym
przód pękł tak, że było widać mechanizm, a gdy zakrywała palcem głośnik,
dźwięki nadal wydobywały się przez ową dziurę. Szkoda mi go, bo rodzice nie
mają pieniędzy na nowy i nie wiem, czym będę teraz kręcić filmy.
Chcę
napisać do Ainy, ale nie mogę, bo lekarze zabronili mi zbytnio nadwyrężać wzrok,
a na ekranie we wzór pajęczyny raczej łatwo niczego nie dojrzę. Mimo tego mam
ochotę z nią pogadać.
Odkąd
mieszkam w Sztokholmie, moje relacje z Ainą są lepsze niż z Leną. Może to
zasługa tego, że co piątek jedziemy razem pociągiem i zasypiamy na sobie w
drugiej godzinie podróży, a może tego, że jak czasem siedzimy razem o późnej
godzinie w domu któregoś z nas, mówimy sobie za dużo.
W
każdym razie w towarzystwie Ainy czuję się jak w domu, nie tym materialnym,
tylko tym prawdziwym. To jest już dla mnie normalne, że ona wie prawie
wszystko, i wręcz mi się to podoba. Chcę, żeby tak było.
Z
zamyślenia wyrywa mnie nagły dźwięk wibracji wyciszonego telefonu. Patrzę na
wyświetlacz. Numer nieznany. Nie mam
pojęcia, czego się spodziewać, ale chyba lepiej odebrać.
Zanim
zdążę powiedzieć chociażby „halo” słyszę niski, chropawy, podpadający pod
elektronicznie zrobiony głos.
Most nad Göta älv.
-
Co? – to jedyne, co udaje mi się po chwili wymówić.
Lewa strona. Rzeka.
Cztery metry…
-
O co chodzi?
Głos
nic sobie ze mnie nie robi, mówi dalej, jakbym wcale się nie odezwał.
…głębokości. Przeciętny
człowiek wytrzymuje półtorej minuty pod wodą bez zaczerpnięcia oddechu.
Rozłączam
się. Nie mam pojęcia, kto wpadł na tak głupi pomysł, żeby stworzyć maszynę,
która dzwoni do ludzi i straszy. Odkładam telefon na szafkę przy łóżku i ciężko
opadam na poduszkę. Wszystko mnie boli.
Nie
mija minuta, a telefon znów wibruje. Gwałtownie odwracam ku niemu wzrok. Tym
razem to nie połączenie, a wiadomość. Z ulgą zauważam, że od Ainy. Odblokowuję
urządzenie i czytam.
Zdrowiej tam. Musisz
szybko wracać do internatu, mam pilną sprawę do Ciebie i Leny.
Niby
nic szczególnego, ale raptem wydaje mi się, że gdy siedziała jeszcze w
szpitalu, miała jakiś problem, którym nie byłem tylko ja i mój wstrząśnięty
mózg. Wmawiam sobie, że przecież nic złego się nie dzieje.
Ale
jakoś tak automatycznie, bezwolnie zaczynam się czuć dziwnie nieswojo…

