wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 2


Jasne światło razi mnie w oczy, choć większy szok wywołuje świeże powietrze. Po raz kolejny ogarnia mnie panika, czuję się jak owca zaganiana do zagrody nie przez psa, a przez dinozaura, ślepego i wyposażonego w karabin maszynowy.
Pociski przelatują niedaleko nas, przez chwilę czuję jak jeden ociera się o moje ramię, ale nic mnie nie trafia. Jedyne czego jestem pewna, to że muszę się spieszyć. Boję się ruszać, ale wiem, że muszę biec.
Nabój przelatuje tuż przed moimi oczami, gdy wyciągam ręce przed siebie i uderzam nimi drzwi, które z impetem uderzają w sąsiednią ścianę. Wpadam do pomieszczenia i z rozpędu prawie upadam na schody tuż przede mną. Panika, która towarzyszyła mi podczas biegu wcale mnie nie opuszcza, gdy odwracam się w stronę zamkniętych drzwi.
Tim opiera się o nie plecami, patrząc tępym wzrokiem w dół. Dopiero teraz widzę go w pełnym świetle. Jest chudszy niż myślałam, a nawet ma lepsze nogi ode mnie. W jednym jego trampku, tak jak w moim, jest pęknięta na pół podeszwa. Włosy ma w takim nieładzie, że chyba szybciej da się zrozumieć matematykę, niż je rozplątać. Ogólnie, chłopak wygląda dość… Osobliwie. Nie jest ładny. Ma przerwę na środku brody, którą Lena nazywa drugą dupą. Przez moment mam wrażenie, że nawet jego brwi są potargane.
Nie odzywa się i stoi w bezruchu, dlatego nie robię niczego, tylko rozglądam się. Nie mam pojęcia, co będę musiała robić, ale podejrzewam, że pójdę gdzieś po tych schodach. Tylko nie wiem, gdzie one prowadzą. Patrzę do góry i nie widzę sufitu pomieszczenia. Wszystko jest rozmazane, w pierwszej chwili zaczynam panikować, że coś stało się z moim wzrokiem, lecz to nie moja wina. Tylko ten jeden kawałek budynku jest rozmazany.
Jest.
Prawda?
- Tim? – spoglądam na niego niepewnie.
- Nie uciekaj, dobra? – pyta cicho.
- Już mi udowodniłeś – odpowiadam lekko zgryźliwie. Nie chcę, aby traktował mnie jak dziecko.
- Jeżeli wejdziesz po tych schodach, to znajdziesz się w sytuacji, która działa się przed tym, jak tu trafiłaś.
O nie.
- Nie da się inaczej? – pytam.
- Nie – zaprzecza.
Okej. Skoro nie, to nie. Dam radę. Muszę wrócić i pomóc Hampusowi, zadzwonić na pogotowie, lub jakkolwiek inaczej wezwać lekarzy. Jeżeli jakoś mi się uda. Na samą myśl o tym zaczynam się trząść.
- Dobra. Skoro tylko wejść po schodach, to dlaczego stąd nie wyszedłeś? – pytam kontrolnie.
- Pokazać ci? – odpowiada pytaniem na pytanie.
Kiwam głową.
Chłopak wbiega na schody, a ja zaczynam zastanawiać się, czy może to ja zwariowałam od tego wypadku. Nie mam pojęcia, co się dzieje.
Na około czwartym schodku jakaś dziwna siła rzuca Tima na przeciwległą ścianę, w którą uderza plecami i osuwa się po niej na ziemię.
I w tym momencie zaczyna się jeden z największych dylematów mojego życia. Drzwi, Tim, drzwi, Tim, drzwi, Tim, drzwi, Tim. Jestem między młotem a kowadłem. Nie mogę stąd wyjść, bo pocisk na zewnątrz może mnie trafić. Mój nowy znajomy leży pod ścianą prawdopodobnie nieprzytomny, więc nie mogę tu zostać, boję się, że te dziwne schody coś mi zrobią.
Paranoja.
Chcę uciekać. Chcę uciekać, ale mam wrażliwe serce i nie potrafię zostawić pewnie potrzebującego pomocy chłopaka samego. Dlatego podchodzę do niego, kucam przy nim, gdy on dalej nie reaguje.
- Hej… - kładę rękę na jego ramieniu i nieruchomieję, gdy syczy z bólu.
A jeżeli trzeba go gdzieś przenieść? Co ja zrobię?
- Tim, co się dzieje? – pytam z paniką w głosie.
- Spokojnie – syczy przez zęby – Tobie nic nie grozi.
Siadam na podłodze z wrażenia. Nie chcę być świadkiem tego, jak jakiś dziwny budynek znęca się na bezbronnym chłopakiem.
Ta myśl sprawia, że patrzę na to zupełnie inaczej. Tim jest bezbronny, zupełnie jak ja. Nie jest żadnym potworem, tylko zwyczajnym człowiekiem, którego też musiało dotknąć jakieś nieszczęście, i którego najwyraźniej teraz bardzo mocno bolą plecy.
Otwiera oczy – są załzawione od bólu. Ciężko przełyka ślinę, widać to po jego wyraźnie odznaczającym się jabłku Adama.
- Rany, Tim, bardzo cię boli? – pytam, a panika znowu wraca.
- Tak – odpowiada – I chyba popękały mi żebra.
- A… Możesz się podnieść? – spoglądam na jego spięte, drobne ramiona.
- Nie mam siły – mówi cicho – Ale ty musisz iść, bo…
- Nie! – to moja pierwsza, impulsywna reakcja – Nie pójdę. Boję się.
- Tobie nic się nie stanie.
- Skąd wiesz?
Myślę, że zagięłam go tym pytaniem, podczas gdy przymyka oczy, jakby koncentrując się na wyparciu bólu z umysłu. 
- Masz motywację – mówi wreszcie – Jak wyjdziesz, to uratujesz swojego przyjaciela i będzie dobrze. To wszystko zależy od tego, co myślisz. Możesz o tym pomyśleć optymistycznie. Im szybciej się tam znajdziesz, tym szybciej będzie po wszystkim. Ja nie mogę tak myśleć, dlatego nie umiem wyjść.
Czyli najwyraźniej muszę go posłuchać.
- A co, jeżeli źle pomyślę?
- To coś cię lekko odepchnie na poprzedni stopień – odpowiada, podnosząc na mnie wzrok – Nie jesteś w takiej sytuacji jak ja. U ciebie jest jeszcze nadzieja. Ja jej nie mam i dlatego dzieje się ze mną to, co widzisz.
Wstaję, ale się waham. Teraz mam inny dylemat. Hampus, Tim, Hampus, Tim, Hampus, Tim, Hampus, Tim.
No oczywiście, że Hampus.
- No, idź – ponagla mnie chłopak.
Staję na pierwszym stopniu i odwracam się do niego na chwilę.
- A co z tobą? – pytam.
- Poradzę sobie – odpowiada cicho, tonem wcale nie sugerującym, że sobie poradzi.
Ale Hampus jest ważniejszy.
I tak powoli przemierzam te myślące schody, stopień po stopniu, pchana wizją następnego tygodnia spędzonego miło z Hampusem, jakby nic złego się nie stało. Może jego obrażenia nie są poważne. Może szybko wróci ze szpitala i będzie dobrze. Musi.
W pewnym momencie schody, na które cały czas patrzę rozmywają się i przez chwilę widzę tylko oślepiającą biel, którą szybko zastępuje widok znajomego chodnika.
Chodnik w Gӧteborgu.
Podnoszę wzrok i wtedy znów uderza mnie ten obraz. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, jak jest ciemno. Przechodzący obok obserwator nie zauważyłby od razu leżącego na ulicy chłopaka.
Ale ja go widzę.
Biorę telefon i dzwonię na pogotowie. W pierwszym momencie boję się, że usłyszę dziwnego lektora z poprzedniego świata, ale wszystko działa jak powinno. Mimo tego i tak niezbyt wiem, co mówię. Automatycznie powtarzam wszystko czego uczyli mnie na lekcjach edukacji dla bezpieczeństwa, po czym szybko się rozłączam i wręcz czołgam się do Hampusa z bezsilności.
Patrzy na mnie półprzytomnym wzrokiem. To jest straszne. Leży tak bezwładnie, że boję się go dotknąć. Jego powieki drżą, a gdy jedna mruga dwa razy pod rząd, przechodzi mnie dreszcz.
- Hampus, słyszysz mnie? – pytam panicznym głosem.
Nie reaguje. Mam ochotę go przytulić. Zaczynam płakać.
- Hampie, spokojnie, wszystko będzie dobrze – zapewniam go, choć nawet nie jestem pewna, czy mnie słyszy – Będzie dobrze.
Przypominam sobie, że nadal jesteśmy na ulicy, gdy przed nami zatrzymuje się jakiś samochód. Kierowca wysiada i kieruje się do nas, chyba chce pomóc.
Dokładnie w tym momencie mrugam i gdy już drugi raz otwieram oczy, siedzę na krześle w szpitalu, obok łóżka, na którym leży Hampus. To najdziwniejsze, co kiedykolwiek przeżyłam. Pamiętam, co się działo i co robiłam, ale wiem, że tak naprawdę w tym nie uczestniczyłam. Jednocześnie decyzje, które podejmowałam, są dokładnie takie, jakbym nad nimi nadzorowała.
To straszne.
Na stoliku obok łóżka stoi plastikowy kubeczek z wodą i drożdżówka w papierowym opakowaniu. Kupiliśmy ją razem z Leną i Manfredem. Pamiętam to, choć mnie przy tym nie było. Pamiętam również, że kupiliśmy też takie dla siebie. Ja nie potrafię teraz jeść, podobnie Manf, ale Lena musi, bo to jej pierwszy posiłek tego dnia. Siedzi obok mnie na drugim krześle i nie spuszczając wzroku z Hampusa wyjada z drożdżówki wiśnie.
Lena nie lubi lukru. Zazwyczaj wrzuca go do opakowania w stanie takim, że nikt nie chciałby go tknąć, lecz przy mnie tak nie robi. Teraz podsuwa mi drożdżówkę pod nos.
- Chcesz lukier? – pyta – Nielizany – dodaje zachęcająco.

***
Hampus
Wielki, wściekły jeż chodzi pod moją czaszką, próbując się wydostać przez tył mojej głowy. Prawdopodobnie cierpi na ADHD i z tej racji uderza miarowo młotkiem w górę mojego mózgu.
Zaraz. To nie ma sensu.
Zdaję sobie sprawę, że historia jeża jest tylko snem, gdy otwieram oczy i widzę sterylnie czysty sufit. Jestem w szpitalu, jeż jest w wyobraźni, a mnie po prostu zwyczajnie boli głowa. Chociaż boli to mało powiedziane.
Prawie nic nie pamiętam od czasu, kiedy przyjechała karetka, poza tym, że rzygałem gorzej niż kobieta w ciąży. Czuję się beznadziejnie, ale nie do końca umiem zdefiniować tą beznadzieję. Mam wrażenie, jakby coś wgniatało mnie w ziemię.
Gdy patrzę w lewo, zauważam jak wszyscy nieruchomieją. Manfred przestaje pisać na telefonie, Lena prawie wypuszcza drożdżówkę, a Aina zastyga z lukrem na ustach. To słodkie.
Aina otrząsa się pierwsza, podchodzi do łóżka i kuca przy nim, patrząc na mnie jak na złą ocenę ze szwedzkiego. Słabo mi. Ale nie mogę teraz zemdleć, nie mogę nawet zamknąć oczu. Widzę, że jest jej ciężko i nie mogę jej bardziej martwić.
- Przepraszam – mówi cicho.
Chcę ją zapytać, za co, ale głos więźnie mi w gardle. Ciężko przełykam ślinę, podczas gdy Manfred staje obok Ainy, i Lena, która zawsze jest z tyłu, zostaje za moim internatowym współlokatorem.
Gdy wreszcie udaje mi się wydusić z siebie pytanie, mój głos jest zachrypnięty i ledwo go słyszę. Lena wzdryga się na ten dźwięk. Chyba nawet wiem, o co chodzi. Opowiadała nam kiedyś o nocy, w której okazało się, że jej brat ma astmę i jak później siedziała przy nim w szpitalu. Pewnie zabrzmiałem tak jak on.
- Mogłam cię ostrzec, mogłam do cholery patrzeć na ciebie, wtedy byś tu nie leżał – mówi Aina na jednym wdechu. Nie chcę, aby się obwiniała. Z wysiłkiem kładę swoją dłoń na jej, aby wiedziała, że nie jestem zły.
- Daj spokój – mówi Manfred – Tak samo ja mogłem nie dzwonić.
- I ja mogłam nie poprawiać matmy – dodaje Lena.
Gdy tak ich słucham, czuję, że tego wszystkiego jest mi za dużo. Mój umysł zbyt wolno przetwarza to, co słyszę i już się w tym wszystkim gubię. Przez moment mam wrażenie, że chcę coś powiedzieć, ale po chwili już tego nie pamiętam. Zaczyna mnie to drażnić.
W tym momencie drzwi do sali, w której leżę, otwierają się i mój braciszek biegiem przemierza dzielący nas dystans.
- Hampus! – wrzeszczy, przytulając się do mnie niczym zbyt jasna małpa.
Mój oddech staje się jeszcze bardziej nierówny niż przedtem.
- Nikolaus! – tuż za nim do pomieszczenia wpada mama, która najwyraźniej znów jest na niego zła – Zostaw go w spokoju!
Tata wchodzi do sali w towarzystwie lekarza, który patrzy na mnie fachowym okiem, przez co aż się wzdrygam.
Rany. Ile ludzi. Mam dość. Wyjdźcie wszyscy.
No może niech Aina zostanie.
- Przepraszam cię – mówi do mnie mama, wskazując na Niko wzrokiem – Miał zostać z babcią, ale płakał tak bardzo, że wymusił.
Chcę coś odpowiedzieć, ale zanim formuję tekst w głowie, odzywa się lekarz, którego mój brat gorączkowo o coś wypytuje.
- Spokojnie, proszę państwa, to jest tylko wstrząs mózgu.

Gdy wszyscy sobie jadą, robi się zupełnie cicho. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że nie ruszyłem się ani o centymetr, odkąd jestem w szpitalu. Chcę się przełożyć na bok, ale nie mam na to siły. Wygląda na to, że moim największym osiągnięciem pozostanie poruszenie ręką.
Mój telefon jest tak popękany, że prawie dogania rozwalonego iPoda Leny, w którym przód pękł tak, że było widać mechanizm, a gdy zakrywała palcem głośnik, dźwięki nadal wydobywały się przez ową dziurę. Szkoda mi go, bo rodzice nie mają pieniędzy na nowy i nie wiem, czym będę teraz kręcić filmy.
Chcę napisać do Ainy, ale nie mogę, bo lekarze zabronili mi zbytnio nadwyrężać wzrok, a na ekranie we wzór pajęczyny raczej łatwo niczego nie dojrzę. Mimo tego mam ochotę z nią pogadać.
Odkąd mieszkam w Sztokholmie, moje relacje z Ainą są lepsze niż z Leną. Może to zasługa tego, że co piątek jedziemy razem pociągiem i zasypiamy na sobie w drugiej godzinie podróży, a może tego, że jak czasem siedzimy razem o późnej godzinie w domu któregoś z nas, mówimy sobie za dużo.
W każdym razie w towarzystwie Ainy czuję się jak w domu, nie tym materialnym, tylko tym prawdziwym. To jest już dla mnie normalne, że ona wie prawie wszystko, i wręcz mi się to podoba. Chcę, żeby tak było.
Z zamyślenia wyrywa mnie nagły dźwięk wibracji wyciszonego telefonu. Patrzę na wyświetlacz. Numer nieznany. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać, ale chyba lepiej odebrać.
Zanim zdążę powiedzieć chociażby „halo” słyszę niski, chropawy, podpadający pod elektronicznie zrobiony głos.
Most nad Göta älv.
- Co? – to jedyne, co udaje mi się po chwili wymówić.
Lewa strona. Rzeka. Cztery metry…
- O co chodzi?
Głos nic sobie ze mnie nie robi, mówi dalej, jakbym wcale się nie odezwał.
…głębokości. Przeciętny człowiek wytrzymuje półtorej minuty pod wodą bez zaczerpnięcia oddechu.
Rozłączam się. Nie mam pojęcia, kto wpadł na tak głupi pomysł, żeby stworzyć maszynę, która dzwoni do ludzi i straszy. Odkładam telefon na szafkę przy łóżku i ciężko opadam na poduszkę. Wszystko mnie boli.
Nie mija minuta, a telefon znów wibruje. Gwałtownie odwracam ku niemu wzrok. Tym razem to nie połączenie, a wiadomość. Z ulgą zauważam, że od Ainy. Odblokowuję urządzenie i czytam.
Zdrowiej tam. Musisz szybko wracać do internatu, mam pilną sprawę do Ciebie i Leny.
Niby nic szczególnego, ale raptem wydaje mi się, że gdy siedziała jeszcze w szpitalu, miała jakiś problem, którym nie byłem tylko ja i mój wstrząśnięty mózg. Wmawiam sobie, że przecież nic złego się nie dzieje.
Ale jakoś tak automatycznie, bezwolnie zaczynam się czuć dziwnie nieswojo…

4 komentarze:

  1. Szkoda że musiała tam zostawić Tima. Mam nadzieję że jeszcze się zobaczą bo podobały mi się ich pierwsze momenty. Wyjaśnisz ten przeskok czasu, czy to tylko iluzja czy jej ciało nadal żyło podczas jej nieobecności? Zastanawia mnie też ten telefon do Hampusa i jego momenty z Ainą. ^.^ To kiedy następny rozdział? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale mi się to podoba. Ta Aina i Tim w dziwnym świecie, cała ekipa w szpitalu u Hampusa, Hampie i telefon od nieznanego jegomościa ^^. Uwielbiam tych bohaterów, tak mi się przyjemnie o nich czyta, jeju. Całe to opowiadanie ( no, pomijając drugi świat ) jest takie... takie prawdziwe, o życiu, a ja takie lubię, więc liczę na to, że będziesz pisać dalej i je dokończysz ^^
    Weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Opoźnienie, bo mialam być w piątek, a jestem w... poniedziałek? Wybcz, to przez to, że potrzebowałam wyłaczyć się na weekend, rozumiesz. Takie tam głupoty.
    Podoba mi się to, że brwi Tima wydawały się być potargane. To takie... pisarskie. W ogóle czytając to, czuję jakby twój geniusz marnował się na bloggerze.
    To jest pisarskie.
    To jest dzieło. Sztuka.
    Wiesz, mam ostatnio jakiegoś bzika na punkcie słow. W sensie... Pisania i czytania. Wszystko to, co stworzę, strasznie mnie jara, tak jak to, że mogę teraz pisać ten komentarz. I w sumie teraz sobie myślę, że nie wiem, do czego się donieść, bo... jak mam podsumować geniusz? Nie ma się do czego przyczepić!
    I ta wizja odpychanego Tima. Aż poczułam ból. Chyba za mocno się wczułam, nie wiem.
    Ale to naprawdę mi się podoba, ogarnia mnie wciąż takie dziwne uczucie, rozumiesz.
    A jeśli nie rozumiesz, to nie musisz, uwierz, nic waznego.
    Generalnie Ul, to jest geniusz. Jest mi smutno, że ludzie już nie czytają blogów, że tak nas mało.
    Ale to nprawdę jest cudo i jesli byłbym jakąś ważną osobą z wydawnictwa, zaproponowałabym ci współpracę.
    Ściskam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ok, od razu zaczynam do wcześniej wspomnianej "krytyce" na privie.
    Pierwsze, co chciałam zauważyć to... "dziwne" porównania. Kiedy pisałaś mi o tym Blogu, jako pomyśle, myślałam, że będzie to opowiadanie... psychologiczne. Bardziej, hm, poważne? Więc stwierdzenie o dinozaurze i "dupie" w brodzie Tima jakoś mi tu nie pasuje. Może miałam inne wyobrażenie o tym opowiadaniu i nieco się zawiodłam na tych porównaniach.
    Drugie - wcześniej omijałam dialogi, ale jednak nie potrafię tego zignorować. Zapominasz o kropkach w takim miejscach, jak "- Nie mam siły – mówi cicho – Ale ty musisz iść, bo…". Po "mówi cicho" powinna pojawić się kropka. Podesłać ci fajny oraz zrozumiały artykuł o tym? Laska naprawdę świetnie napisała zasady poprawnego dialogu, które łatwo zapamiętać.
    Dalej. Mówiłam coś na privie o układaniu zdań, ale teraz nie mogę tego znaleźć... wait.
    *a few moments later*
    No nie znajdę, ale to nic. Zajmę się powtórzeniami ^^ XD
    Często używasz słowa "że", "ale" oraz "jakby". Może i piszesz tego dużo w WOK, jednak w narracji trzecioosobowej powtórzenia nie są aż tak widoczne. Narracja pierwszoosobowa jest trudniejsza, więc powtarzające się słowa nie pasują do estetyki treści.
    DOBRA. KONIEC KRYTYKI - a raczej porad, bo na krytykę mi to nie wygląda.
    Potargane brwi Tima wygrywają wszystko. Jak na WOK dzień Seana i Laurie uprawiających seks było mistrzostwem, tak to jest pucharem tutaj. Jest genialne to określenie, dodaje tekstu taką aurę... prawdziwej książki.
    Podobają mi się postacie, ale nadal mi czegoś w nich brakuje. Nie wiem czego, nie pytaj. Może dlatego, że poznałam je o wiele wcześniej. Nie mam pojęcia, lecz mam nadzieję, że to się zmieni.
    Opowiadanie jest świetne, serio. Ja bym raczej nie wpadła na taki pomysł, nie miałabym do tego głowy. Tak przynajmniej myślę. Teraz mi pozostaje czekać, co tu jeszcze wyczarujesz *-*
    Oczywiście mam nadzieję, że nie przyjmiesz tego jako hejtu, bo już ci tłumaczyłam.
    Nie chcę ci fałszywie słodzić, gdy coś mi nie podoba, a moje "rady" mogą ci się przydać kiedyś, sooo... czemu nie?
    Zatwierdzam siostra i czekam na więcej ♥

    OdpowiedzUsuń